Wojciech Bojanowski stracił dziecko. Popłakał się, gdy opowiadał, co usłyszał w zakładzie pogrzebowym

Wojciech Bojanowski przeżył prawdziwą tragedię. Kiedy realizował jeden z reportaży, jego żona była w ciąży. Okazało się, że dziecko było bardzo chore i ostatecznie zmarło. Kiedy opowiadał o tym, co usłyszał od pracownika domu pogrzebowego, nie mógł powstrzymać się od płaczu.

Wojciech Bojanowski, reporter "Faktów", który relacjonował m.in. wojnę w Ukrainie, kilka lat temu stracił dziecko. O tym trudnym momencie w życiu opowiedział w rozmowie z Martyną Wojciechowską. Kiedy dowiedział się o chorobie syna, realizował materiał do dokumentu "Niech toną" na temat migrantów, którzy giną na Morzu Śródziemnym próbując przedostać się do Europy. Poruszył także kwestię tego, jak traktowane są w szpitalach kobiety, które tracą dzieci. Zaapelował do zakładów pogrzebowych, bo słowa, jakie usłyszał od pracownika jednego z nich, nim wstrząsnęły. Podczas rozmowy nie ukrywał łez.

Zobacz wideo Martyna Wojciechowska ujawnia, dlaczego ubiera się na czarno

Wojciech Bojanowski dowiedział się o chorobie dziecka, gdy był na statku. Nie mógł wrócić

Wojciech Bojanowski był gościem Martyny Wojciechowskiej na jej kanale na YouTubie. Nie ukrywał, że jego praca to często poświęcenie życia prywatnego. Opowiedział, kiedy najbardziej odczuwał, że powinien być gdzieś indziej. Podczas realizacji dokumentu był na pełnym morzu, gdy otrzymał telefon od żony i dowiedział się o chorobie syna.

Marta dzwoni i mówi, że była na badaniach. Okazało się, że nasze dziecko jest bardzo chore, prawdopodobnie nie urodzi się żywe, ma na wierzchu wnętrzności, ta ciąża się nie może udać. Ja jestem na tym statku i czuję się bezsilny, bo mogę stanąć na głowie, ale nie zmuszę włoskiego rządu i straży granicznej, żebyśmy mogli się zbliżyć do tego brzegu.

Cały czas realizował materiały dla "Faktów" i pojawiał się na wizji, a jednocześnie przeżywał osobistą tragedię. W końcu jego szef zorganizował statek, który miał zabrać Bojanowskiego na brzeg. Mimo wielu przeszkód w końcu się udało i na Sylwestra był w Polsce.

Udaje się przylecieć do Warszawy w Sylwestra, późno wieczorem, jedziemy do Wrocławia po to, żeby się przekonać już chwilę później, że temu chłopczykowi przestało bić serce.

Reporter w dalszej części rozmowy poruszył temat warunków, w jakich znajdują się kobiety tracące swoje dzieci, kiedy przebywają w szpitalu. 

Strata dziecka to jest taki temat, o którym myślę, że warto mówić (...) Jest dużo do zrobienia, jeśli chodzi o to, co się dzieje w szpitalach, w jaki sposób traktowane są kobiety, które trafiają na oddziały położnicze, aby, mówiąc wprost, urodzić martwe dziecko.

Opisał, jak to wygląda i z jaką traumą muszą się mierzyć.

Masz urodzić dziecko i zostajesz z tym zupełnie sama, dostajesz tabletkę na wywołanie porodu i masz sama sobie z tym poradzić (...) Urodzić to dziecko i włożyć do plastikowego pojemnika jak na zupkę chińską i oddać do badania. Nie ma przy tobie pielęgniarki, lekarza, nikogo. To nie jest do końca stan rzeczy, jakiego chcielibyśmy oczekiwać od służby zdrowia w XXI wieku. To jest dla nich na tyle traumatyczne przeżycie, że nawet najbliższym o tym nie mówią, ale to gdzieś tam jest.

Wojciech Bojanowski zaapelował także do zakładów pogrzebowych. W momencie, gdy o tym mówił, nie mógł powstrzymać łez.

Chciałbym zaapelować do zakładów pogrzebowych, które zajmują się takimi rzeczami, gdy ktoś stracił dziecko, że nie jest najlepszym pomysłem, żeby proponować rodzicom, że wyślą przesyłką kurierską to ciało tego dziecka, bo jak rodzic coś takiego słyszy, to nie jest fajne dla niego.

Reporter wspomniał także o kolejnym momencie, w którym czuł, że powinien być w innym miejscu. Jego żona zaszła w ciążę drugi raz. Kiedy zbliżał się poród, była pandemia i spędzali dużo czasu razem, jednak Bojanowski pojechał realizować jeden z materiałów. Kiedy miesiąc przed terminem odeszły jej wody, był 250 kilometrów od domu. Wyjawił, że to był jedyny raz, kiedy porzucił pracę i zdecydował się jak najszybciej wrócić. Ostatecznie jego żona miała cesarskie cięcie, więc kiedy dojechał na miejsce, było już po wszystkim.

 
Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.