Tomasz Raczek o Beacie Kozidrak w "Playboyu": Śmietanka towarzyska nie miała o niej dobrego zdania. Opowiedział, jak Górniak zachwyciła Amerykanów

Mija rok od zamknięcia polskiej edycji "Playboya". Pierwszy redaktor naczelny pisma, Tomasz Raczek, wyjawił między innymi, kto był największym wrogiem Shazzy, co powiedział Hugh Hefner, kiedy spotkali się w jego willi w Hollywood i jak współpracowało mu się z Januszem Korwin-Mikkem.

"Playboy" zawsze był kontrowersyjny - cokolwiek by nie napisać o wysokiej jakości zdjęciach czy artykułach, nie da się zapomnieć, że handlową dźwignią pisma było uprzedmiotowienie kobiety. Niemniej, "Playboy" to także zjawisko - kulturowe, popkulturowe, historyczne. Nie da się przemilczeć istnienia pisma, którego polska wersja - jak przekonuje nas Tomasz Raczek - była najlepszym nieamerykańskim wydaniem.

***

Kiedy wpadł Panu w ręce pierwszy numer "Playboya"?

Tomasz Raczek: W rodzinnym domu nigdy go nie znalazłem. Oczywiście wiedziałem o istnieniu “Playboya”. Widywałem go w witrynach sklepowych, gdy mieszkałem w Anglii pod koniec lat 70. Robiłem tam wiele rzeczy, aż wylądowałem w wytwórni Virgin Records Richarda Bransona. Dużo się działo w tamtym czasie i to wtedy trafiłem do klubu "Playboya". Pierwszy raz byłem tak blisko magazynu.

Oczywiście, zdarzało mi się przeglądać różne wydania pisma w salonach prasowych, ale nie kupowałem. Naprawdę! Nigdy w życiu nie kupiłem "Playboya"! Dopiero kiedy dostałem propozycję, by objąć stanowisko redaktora naczelnego, wyposażono mnie w całe roczniki magazynu. Wtedy uświadomiłem sobie, jak wyjątkowej jakości jest to pismo. Mimo że kojarzyło się z nagim zdjęciem "dziewczyny z sąsiedztwa" na rozkładówce, którą można było wyrwać i powiesić sobie w sypialni czy w garażu jak plakat, to był to naprawdę magazyn do czytania.

Z tezą o magazynie do czytania wydaje się nie zgadzać internautka, która pisze: Zawsze miałam wrażenie, że "Playboy" był skierowany do zakompleksionych mężczyzn, którzy poprzez oglądanie nagich zdjęć próbowali poprawić sobie samopoczucie.

Zdjęcia pojawiały się oczywiście na zachętę jednak sukces "Playboya" polegał na tym, że pismo łączyło piękne pictoriale z wartościową treścią. Na samych artykułach nie dałoby się zbudować sukcesu, podobnie jak na samych zdjęciach. Bez artykułów to wszystko szłoby w stronę "Penthouse'a" - amerykańskiego erotycznego miesięcznika, a sukces byłby śliski. Natomiast sukces "Playboya" oparty był w dużej mierze na artykułach. Teksty w "Playboyu" były wielostronicowe, bardzo wyczerpujące. Wydaje mi się, że dzisiejsze pokolenie młodych, wychowanych na Internecie ludzi, nie jest już w stanie przyswajać takich treści. Ich to nudzi. Dla nich to za długie.

Nie znał Pan, nie kupował… To jak w ogóle doszło do tego, że został Pan redaktorem naczelnym "Playboya"?

Gdy dokonała się w Polsce przemiana ustrojowa, staliśmy się atrakcyjnym rynkiem dla zachodniego biznesu. Ekspansywni, globalni gracze przyglądali się temu, co się u nas działo na początku lat 90. Zastanawiali się czy nasz rynek już jest gotowy, by nań wejść. W mediach było mnóstwo obaw, na przykład ze strony magazynu "Vogue", który uważał że ciągle nie jesteśmy na niego gotowi. Zresztą, do dziś są wątpliwości czy kultura mody, krawiectwa, myślenia o wyglądzie jako elemencie sztuki, nie jest w Polsce nadal za mało rozwinięta. "Vogue" wciąż nie ma zaplecza wystarczająco mocnych polskich projektantów.

Inni wydawcy, w tym wydawca "Playboya" dochodzili jednak do wniosku, że dla nich nadszedł już odpowiedni moment. Na potrzeby ekspansji magazynu stworzono niegdyś komórkę Playboy International, która zajmowała się nie tylko wprowadzeniem pisma na nowe rynki, ale też dostosowywaniem go do lokalnych uwarunkowań i potrzeb czytelników. W latach 90. w Europie środkowo-wschodniej pojawiły się trzy zagraniczne wydania "Playboya": w Czechach, na Węgrzech i w Polsce. Nasz rynek był, nie licząc rosyjskiego, największym w tej części Europy. Dynamicznie szedł też w stronę demokracji i zachwytu zachodnią kulturą. Wyczuwało się potrzebę nadrabiania zaległości - właściwy klimat, by wprowadzić "Playboya" do Polski.

Ogłoszono konkurs, w którym wystartowało około 30 wydawców, a jednym z nich była Beata Milewska, wydająca między innymi inny magazyn, do którego wówczas pisałem. Prezentację trzeba było przedstawić dyrektorowi Hareshowi Shahowi. To była postać idealnie pasująca do hasła Playboy International, bo sam był bardzo “międzynarodowy": hindus, mieszkający w Europie, najpierw wydający niemieckie czasopisma, a potem pracujący w Stanach Zjednoczonych dla Playboya. Bardzo go lubiłem.

Beata wiedziała, że dzięki wcześniejszej pracy w Londynie z angielskim radziłem sobie nieźle, więc poprosiła mnie o pomoc. Robiłem, co mogłem, by jak najefektowniej przedstawić naszą wizję pisma. Była szalenie ambitna, oparta nie tylko na zdjęciach: chcieliśmy by wszystko było z najwyższej półki. Nie zgadzaliśmy się na półśrodki i bylejakość.

Na początku uprzedziłem Beatę, że "Playboy" to nie jest pismo dla mnie. Nie chciałem tej posady. Pracowałem w firmie dystrybuującej filmy na kasetach VHS, jeździłem na festiwale, spotykałem się z ludźmi z branży filmowej. Dla kinomaniaka, takiego jak ja, było to spełnienie marzeń. Jednak okazało się, że nasza koncepcja wydawania "Playboya" zwyciężyła w warszawskich eliminacjach i teraz mieliśmy polecieć do Chicago żeby przekonać do siebie córkę Hugh Hefnera, Christie, pełniącą funkcję CEO "Playboya". Co było robić, poleciałem z całą ekipą i przeżyłem w Chicago olśnienie! Na wszystkich ścianach redakcji wisiały obrazy najlepszych współczesnych malarzy. Nad kserokopiarką - obraz Roya Liechtensteina, obok - Andy’ego Warhola. Zapytałem: „Skąd macie takie genialne reprodukcje”? Odpowiedzieli, że to oryginały. Nie wierzyłem – takie dzieła przy drukarce?! To było spotkanie z potęgą jakości.

Rok 1992, grudzień. W kioskach pierwszy numer polskiego "Playboya". Cena: 29 500 złotych. Jakie były nastroje wokół premiery? Czuć było w powietrzu, że to przełom?

Na okładce pierwszego "Playboya" nie było zdjęcia pięknej dziewczyny tylko rysunek Króliczka. To taka tradycja. Każde pierwsze wydanie kolejnej zagranicznej edycji "Playboya" startowało z okładką z króliczkiem, zaprojektowanym przez lokalnego artystę. Naszego projektował Andrzej Pągowski, który Polskę widział jako kraj kolorowy i różnorodny. I taki był właśnie ten króliczek. Amerykanie oszaleli na jego punkcie. To była wyjątkowa okładka, błyszcząca, elegancka. Wyglądała jak okładka albumu z dziełami sztuki.

Z okazji premiery wydaliśmy przyjęcie, na które przyjechali amerykańscy szefowie i celebryci. Absolutną sensacją wieczoru okazał się występ Edyty Górniak, która wtedy była jeszcze przed sukcesem na Eurowizji. Wypatrzyłem ją w musicalu "Metro", a ona nie wahała się nawet chwili czy przyjąć nasze zaproszenie. Kiedy zaczęła śpiewać, ściągnęła uwagę Amerykanów tak, jak magnes przyciąga do siebie igły.

Koncert Edyty Górniak w hotelu Victoria z okazji ukazania się pierwszego numeru polskiej edycji 'Playboya'Koncert Edyty Górniak w hotelu Victoria z okazji ukazania się pierwszego numeru polskiej edycji 'Playboya' Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta

Pierwszy numer "Playboya" rozszedł się w ciągu jednego dnia. Po prostu go wessało. Recenzje nie były złe – ani zagrzewające do walki, ani krytykujące. Nikt nie mówił, że pismo jest niemoralne. Raczej zastanawiano się, czy uda nam się utrzymać poziom amerykańskiego pierwowzoru.

"Playboy" zmienił polskich mężczyzn?

"Playboy" zmienił przede wszystkim polskie kobiety bo tylko dzięki nim przetrwał. To one kupowały w Polsce "Playboya", bo to one decydowały, jaką prasę czyta się w polskich domach. To sprawiło, że "Playboy" leżał na stolikach obok "Twojego stylu" i "Elle". Wtedy "Playboy” był chętnie wystawiany przez sprzedawców w witrynach kiosków. Zresztą sam chodziłem po kioskach i sprawdzałem, czy "Playboy" leży obok "Twojego stylu".

I leżał?

Tak. To była zasługa świetnego, budzącego respekt dziennikarstwa. Na łamach "Playboya" pisali Zygmunt Kałużyński, Maria Nurowska, Hanna Bakuła, Stanisław Lem czy Walerian Borowczyk. Debiutowali tu między innymi Marcin Meller czy Marcin Kydryński. Inwestowałem w talenty. Mając takie nazwiska i efekty ich pracy, udawało się przekonać opinię publiczną, że to pismo jest wartościowe i ma prawo leżeć obok innych popularnych gazet. Jakościowe nazwiska pomagały nam w zjednywaniu sobie wymagających, otwartych na świat czytelników.

Lech Wałęsa zareagował entuzjastycznie na propozycję rozmowy z "Plaboyem"?

Lech Wałęsa zareagował źle. Nie chciał udzielić wywiadu polskiemu "Playboyowi". Zdecydowałem wtedy, że przetłumaczymy wywiad z amerykańskiego wydania.

Wyjaśnił, dlaczego wam odmówił?

Powiedział, że nie udzieli wywiadu, bo już kiedyś udzielił go Amerykanom. Pomyślałem: nie, to nie. Miałem taką zasadę, że jeśli ktoś odmawiał "Playboyowi", to i tak się w nim znajdował. Podobnie było z prymasem Józefem Glempem. On nie tylko odmówił wywiadu, ale zabronił mi poprowadzić aukcji charytatywnej na rzecz Fundacji "A kogo?" Ewy Błaszczyk, która odbywała się w kościele na Bielanach.

Powód?

Byłem redaktorem naczelnym "Playboya", więc jego zdaniem nie byłem godzien, żeby prowadzić aukcję w kościele. Uprzedziłem wtedy prymasa, że jeśli nie zgodzi się na wywiad, to i tak wydrukujemy artykuł biograficzny o nim. I tak zrobiliśmy. Tekst napisał Janusz Miliszkiewicz. Rzadko rezygnuję z tego, co sobie zaplanowałem.

Jednym z pierwszych stałych współpracowników "Playboya", co dziś może dziwić, był Janusz Korwin-Mikke, słynący z pogardliwego podejścia do kobiet. Nie bał się Pan krytyki za zatrudnienie go?

Nie bałem się krytyki, liczyłem na kontrowersje. Chciałem, aby "Playboy" wywoływał niepokój intelektualny i podważał wszelkie stereotypy. Dopuszczaliśmy różne punkty widzenia, aby móc z nimi polemizować. Każdy autor miał w "Playboyu" przestrzeń na to, by wyrażać swoje poglądy. Uwielbialiśmy dalsze ciągi kontrowersyjnych publikacji. Czytelnicy przysyłali listy do redakcji, w których polemizowali z naszymi artykułami. Po tekstach Janusza Korwin-Mikkego te dyskusje toczyły się miesiącami.

Tomasz Raczek z króliczkami 'Playboya'Tomasz Raczek z króliczkami 'Playboya' Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta

Od premiery do końca 1993 roku, na okładce pojawiły się tylko trzy Polki. Dopiero trzy lata później zaczęło pojawiać się więcej polskich gwiazd. Był jakiś problem ze współpracą z polskimi gwiazdami?

Bardzo słusznie pani to zauważyła. Rzeczywiście nasze gwiazdy miały na początku opory i to spore. Pierwszą Polką, która podjęła tę heroiczną i odważną decyzję, by zapozować do polskiego wydania pisma, była… Alicja Resich-Modlińska. Nigdy jej tego nie zapomnę. To pokazało jej ogromną klasę w wymiarze intelektualnej prowokacji i dystans do siebie, którego tak często brakuje Polakom. Wyglądała świetnie. Zdjęcia robił Marek Czudowski, stylizował ją Tomasz Jacyków. Alicja w skórach wyglądała naprawdę seksownie. Co warto zaznaczyć - nie była to sesja rozbierana. Alicja pokazała seksapil, ale nie pokazała nagości.

Z kim najdłużej trwały negocjacje?

Największy opór zdecydowanie stawiała Kasia Figura, która dostawała liczne propozycje także z amerykańskiego "Playboya", ale odmawiała. Musiała się przełamać i dojrzeć do tej decyzji. Kiedy zaś Kasia dojrzewała do sesji w "Playboyu", dojrzewał także "Playboy", by sprostać jej oczekiwaniom. Wszyscy byliśmy pewni, że to Kasia Figura powinna się pokazać w "Playboyu" jako pierwsza. Nikomu nie przyszło do głowy, że jako pierwsza zapozuje na okładkę polskiego wydania dziennikarka, Alicja Resich-Modlińska.

Kontrakt każdej gwiazdy obejmował autoryzację zdjęć, które mogą iść do druku i w tej kwestii czekało mnie też wiele zaskoczeń. To był okres, kiedy Anita Lipnicka z Varius Manx dawała koncerty niemal codziennie. A - zgodnie z umową - musiała autoryzować naszą sesję. Wreszcie okazało się, że będzie w Warszawie przejazdem o 23.00 i może zahaczyć o naszą siedzibę. Zostałem więc dłużej w redakcji i czekałem na nią, by pokazać zdjęcia, które wybraliśmy. Bałem się jej reakcji, bo na zdjęciach miała koronkową sukienkę, przez którą niby nie było nic widać, ale jednak było widać wszystko. Na rozkładówce dodatkowo koronka ułożyła się tak, że naprawdę niczego nie zasłaniała. Spodziewałem się trzęsienia ziemi. Dochodzimy do tego zdjęcia, ja mam nadzieję, że przysypiająca delikatnie Anita zgodzi się na publikację, a ona wtedy ożywia się i wręcz krzyczy: "O Boże!" Gorąco mi się zrobiło. Pomyślałem: no to koniec. Zacząłem ją przekonywać, że przecież na zdjęciu prawie nic nie widać, że koronka wszystko zasłania. Tymczasem okazało się, że Anicie nie chodziło o nagość, tylko o to, że "grubo wygląda"!

Alicja Resich-ModlińskaAlicja Resich-Modlińska Playboy

Była jakaś sesja zdjęciowa, podczas której redakcja myślała "Tym razem przestrzeliliśmy", a finalnie numer okazał się sukcesem?

Tak, była taka sesja, do której zresztą dążyłem przez lata. Lubię prowokować i nie zgadzam się na mieszczańskie myślenie, że coś wypada robić, a czegoś nie, że z kimś można się zadawać, a z kimś nie, bo to źle wygląda. W ramach walki z szufladkowaniem ludzi w ten sposób zaproponowałem na okładkę "Playboya" królową disco polo - Shazzę. Spotkałem się wtedy z falą krytyki, prawie wszyscy mówili w redakcji, że to będzie wstyd.

Pan tak nie myślał?

Pamiętam swój debiut jako dziennikarza piszącego: w tygodniku “Literatura” pisałem artykuł o tym, jaka jest naprawdę Violetta Villas i co o niej myślą ludzie. Polska inteligencja ma Violettę na sumieniu. Nienawidziła jej. Uważano ją za symbol złego gustu, złego smaku, prymitywizmu, wulgarności. W rezultacie zaszczuto ją. To było ohydne. Obserwowałem to na własne oczy jako młody chłopak. Dzięki tamtemu artykułowi Violetta Villas uważała mnie za kogoś sobie przychylnego. Nie bała się mnie. Miałem okazję ją poznać, rozmawiać z nią, przeprowadzić wywiad. Violetta bała się świata; sądziła, że ludzie chcą ją skrzywdzić. I słusznie, bo chcieli. Przez tę historię stałem się uczulony na te inteligenckie klimaciki, które wyglądają elegancko, a są paskudne i mają w sobie dużo okrucieństwa. Zawsze starałem się im przeciwstawiać. Zaproszenie Shazzy było jednym z kroków, które podjąłem w celu odczarowania jej wizerunku. Ona nie była idiotką, która śpiewała głupie piosenki - jak próbowano ją przedstawiać. To wykształcona muzycznie artystka, ambitna kobieta, w naturalny sposób piękna i szalenie odważna.

Kto był największym "wrogiem" Shazzy?

Oczywiście kobieta: wydawca, Beata Milewska. Nie znosiła disco polo i bała się, co ludzie powiedzą. Ja się nie bałem. Dlatego robiłem odwrotnie, na złość schematycznemu myśleniu. Te namowy trwały parę lat. Ostatecznie triumfowaliśmy. Największy sukces "Playboya" to Shazza na okładce zaprojektowanej przez mojego przyjaciela a wówczas dyrektora artystycznego "Playboya", Marcina Szczygielskiego.

To była cenna lekcja?

Tak. Pokazała, że opłaca się przekłuwać baloniki. Była jeszcze analogiczna sytuacja z Beatą Kozidrak. Tym razem nie chodziło o sesję, tylko o wywiad. Nasza szefowa przechodziła samą siebie, by uniemożliwić rozmowę. Nie podobał jej się styl Beaty Kozidrak i uważała, że to będzie obciach dla pisma. Ostatecznie i tu się udało. Sam przeprowadziłem wywiad, a Beata jest wybitną piosenkarką o wielkim głosie, świetnej karierze i cudownej osobowości.

Dziś Beata Kozidrak jest legendą. Miał Pan nosa.

A kiedyś śmietanka towarzyska nie miała o niej dobrego zdania. Między Beatą Kozidrak a Violettą Villas jest pewna paralela. Obie są wybitne. Obie szły od początku swoją drogą. Obu ludzie rzucali kłody pod nogi.

Kiedyś można było zobaczyć gwiazdy nago lub w skąpych strojach jedynie na łamach "Playboya". Dziś to chleb powszedni, dostępny od ręki w mediach społecznościowych. Zdjęcia w bieliźnie ma na swoim koncie niemal każda popularna osoba. To miało wpływ na spadek zainteresowania pismem?

Z całą pewnością tak. Historia "Playboya" jest związana z czasami, w których powstał. W latach 50. Hugh Hefner zbudował markę wykorzystując badania profesora Kinseya opublikowane w książce “Zachowania seksualne mężczyzny”, które wykazały, że 90 proc. amerykańskich mężczyzn popełnia zdradę małżeńską a co trzeci z nich ma kontakty homoseksualne. To była rewolucyjna teza, która doprowadziła w rezultacie do rewolucji obyczajowej a Hefner jako jeden z pierwszych zrozumiał nowego ducha czasów i dał amerykańskim mężczyznom wszystko to, co pozwalało im rozwinąć sferę emocjonalną i estetyczną oraz ukształtować wrażliwość seksualną.

Wrażliwość seksualna może tu być kluczowa. Dziś nagość nie jest już niczym niezwykłym. Subtelne, artystyczne sesje "Playboya" dawały czytelnikom zbyt mało wrażeń?

Rzeczywiście, sesje "Playboya" były zbyt doskonałe. Teraz nie dąży się do doskonałości, tylko do mobilności. Wszystko ma być na wyciągnięcie ręki. Nie musi być wysokiej jakości, ale musi być w każdej chwili dostępne.

"Playboy" na całym świecie jest w odwrocie, zanika. Legendarny Hugh Hefner nie żyje. Poznał pan człowieka, który stworzył światowy fenomen?

Tak. Pojechałem z jedną z polskich playmates do Los Angeles na jego zaproszenie i byłem na przyjęciu zorganizowanym w Playboy Mansion. Miałem okazję osobiście rozmawiać z Hugh Hefnerem, który pogratulował mi prowadzenia najlepszej zagranicznej edycji "Playboya". Bo za taką uważał polskie wydanie.

Hugh HefnerHugh Hefner Fot. Laurent Rebours / AP Photo