Anna Kalczyńska chorowała na COVID. "Miałam uczucie, jakby ktoś stłukł mnie mocno kijem"

Anna Kalczyńska zakaziła się koronawirusem. Gospodyni "Dzień Dobry TVN" przyznała, że podczas choroby była bardzo osłabiona i czuła "jakby ktoś ją stłukł mocno kijem". Gwiazda odbyła aż dwie kwarantanny - najpierw zachorowały jej córki. Testy męża i syna dały wynik negatywny.

Jak się Pani czuje po tych kilkunastu dniach od zakończenia kwarantanny?

Dziękuję, już dobrze, chociaż - niestety muszę to powiedzieć - jest to choroba, która odbiera siły. Myślę, że każdy, kto ją przeszedł, może to potwierdzić. Jest inwazyjna w różnym stopniu i każdego dotyka inaczej. W moim przypadku przeszła dość łagodnie. Niemniej, cały czas walczę o powrót do kondycji i do dobrego samopoczucia, bo to nie jest tak, że wraz z ustąpieniem objawów wszystko wraca do normy. Jestem ciągle zmęczona, dużo śpię. Teraz po wyjeździe w góry wiem, że słabnę szybciej, nie mam kondycji. Tuż przed chorobą miałam power, przebiegłam swój rekord na 5 kilometrów. Choroba tej energii mnie pozbawiła.

 

Jak długo zmagała się Pani z chorobą?

Około tygodnia, także niezbyt długo. W związku z tym, że nie miałam poważnych objawów, to kwarantanna nie została mi przedłużona. W moim przypadku wystarczyło dziesięć pełnych dni.

Kiedy zaczęła Pani podejrzewać, że jest zakażona koronawirusem? Jak wyglądały początki?

Pewnego wieczoru poczułam się niewyraźnie, pomyślałam: może się położę. Wieczorem miałam już stan gorączkowy i bóle mięśniowe. Najgorsze były cztery pierwsze dni, choroba rzeczywiście się rozwijała. To były takie bardzo dziwne objawy, bo nigdy wcześniej w życiu ich nie miałam - totalne osłabienie, silny, specyficzny ból głowy, dziwny ból pleców. Miałam uczucie, jakby ktoś mnie stłukł mocno kijem. Czułam, jakbym miała siniaki w okolicach płuc. Przy każdym pochyleniu się, czułam, że ból się nasila. Nigdy czegoś takiego nie odczuwałam.

Zgłosiła Pani to gdzieś?

W naszym przypadku zaczęło się to od dzieci, które miały wyjechać na obóz narciarski. Bliżej terminu miały przeprowadzone płytkowe testy, ponieważ tego od nas wymagano. Zrobiliśmy to. Okazało się, że córki są plusowe, ale poradzono nam, żeby zrobić pełnodiagnostyczne testy, bo wymazowe mogą czasem dawać fałszywy wynik dodatni. Dopuszczaliśmy też te myśli, bo dzieciom praktycznie nic nie było - jedna dziewczynka miała tylko lekki stan podgorączkowy i ból głowy, dlatego też nie chodziła do szkoły. Zastanawialiśmy się nawet z mężem, czy dobrze zrobiliśmy, że nie puściliśmy córeczki do szkoły, bo czuła się po prostu dobrze. W każdym razie po powtórzeniu testów, którym poddaliśmy się wszyscy, okazało się, że, dziewczynki mają koronawirusa.

 

Zachorowały tylko Pani córki?

Tak, tylko one. Pozostała trójka była zdrowa.

 

To były testy wykonywane prywatnie?

Tak. Wtedy wycofaliśmy się wszyscy i przeszliśmy dobrowolnie w kwarantannę i bardzo dobrze, bo tydzień po tym, jak pierwsze z moich dzieci miało stan podgorączkowy, zaczęłam zauważać objawy u siebie. Jak mówiłam, to trwało tydzień, a najgorszymi objawami były te z pierwszych dwóch dni. Nie wychodziłam nawet z pokoju, bo tak źle się czułam. Leżałam, bardzo się pociłam, strasznie bolała mnie głowa, potwornie wręcz - ból migrenowy ściskający czaszkę. To była jedyna poważna historia i, na szczęście, nie miałam żadnych problemów z górnymi drogami oddechowymi. Zazwyczaj jak choruję, to wirus atakuje mi gardło i krtań, które są moją piętą Achillesową.

Jakie leki Pani przyjmowała?

Jedynie witaminę C, D, cynk i brałam paracetamol na zbicie gorączki. To też miało pomóc z bólem głowy.

Rozumiem, że kontaktu z sanepidem Pani nie miała?

Nie, kontakt był, bo jak tylko zaczęły pojawiać się u mnie objawy, to poinformowałam redakcję, że - niestety - nie tylko będzie konieczna kwarantanna początkowa, ale że się rozchorowałam i potrzebuję kolejnych dziesięciu dni. Zadzwoniłam do lekarza POZ, który zlecił mi test. Następnego dnia przyjechał diagnosta, żeby go wykonać. To nie był ten zwykły test wymazowy, tylko ten bardziej profesjonalny. Czekałam na wynik ponad 72 godziny. Był pozytywny.

A czy sprawdzano Pani rodzinę w jakiś sposób, czy zalecono zainstalowanie specjalnej aplikacji?

Codziennie przyjeżdżała do nas policja, więc było to restrykcyjnie sprawdzane. Ja się odizolowałam od męża, który przebywał w innej części domu, ponieważ jemu testy wyszły negatywne. Syn też nie zachorował. Mieliśmy więc kontakt z policją i sanepidem, który poinformował nas o długości kwarantanny. Zainteresowała się nami także miejska opieka społeczna, która kontaktowała się z nami, czy czegoś nam nie potrzeba. Byliśmy dobrze zaopiekowani.

Co jako ozdrowieniec powiedziałaby Pani wszystkim koronasceptykom i osobom, które uważają, że noszenie maseczek nie jest teraz potrzebne?

Naprawdę nie wiem, skąd się biorą te głosy. To jest współczesne szaleństwo. Rozumiem, że część społeczeństwa zawsze jest sceptyczna, ale z faktami nie można dyskutować. Musimy się pogodzić z tym, że taka choroba istnieje. Mnie los oszczędził, ale proszę uwierzyć, że nigdy nie przeżyłam choroby, która zaatakowała tak, że nie wiedziałam, jaki cios będzie następny. Jak się ma 44 lata, to zna się swój organizm. Nigdy nie byłam tak słaba, nie miałam takiego bólu głowy i problemu z plecami. Mam wokół siebie wiele osób, które rzadko chorowały, a COVID naprawdę dał im w kość. Ocierały się o szpital albo w nim lądowały i dostawały leki, a i tak nie wiadomo było, w którą stronę to się rozwinie. Ten sceptycyzm bardzo nam szkodzi i znieczula, zwalnia z poczucia ostrożności i odpowiedzialności. Jako ozdrowieniec nie mogę się doczekać, aż będę mogła oddać swoje osocze z przeciwciałami tym, którzy naprawdę tego potrzebują. Mnie to na razie chroni, nie przekazuję swojej choroby, bo ją mam za sobą, ale nie wiadomo na jak długo. Czego jeszcze trzeba, żeby ludzie uwierzyli, że ta choroba jest bardzo niebezpieczna?

Zobacz wideo Andrzej Duda zakażony koronawirusem. "Czuję się dobrze. Nie odczuwam żadnych symptomów"

Bazując na tym, co powtarza się w mediach na temat braku respiratorów i miejscach w szpitalach - czy kiedy miała Pani koronawirusowe objawy, pojawiły się w głowie myśli, że może to Pani będzie potrzebować jednego ze szpitalnych łóżek?

Z natury jestem optymistką, ale wiem, że w życiu może wydarzyć się wszystko, więc trzeba mieć w sobie pokorę. Mnie zawsze wydawało się, że jakoś to przejdę i dam radę, ale mamy przykład Doroty Gardias, która nie miała tyle szczęścia i potrzebowała szpitalnej opieki, a dbała o siebie, miała wysoką odporność, chwilę przed chorobą zdobyła szczyt. To nie są zmyślone historie. Wszystko jest możliwe.

Dorota GardiasDorota Gardias opowiedziała o przebiegu COVID-19. "Zaraziłam się od mojej córeczki"

Jak jako Polka ocenia Pani działania rządu na rzecz ochrony przed pandemią. Mam na myśli m.in. słowa premiera o "odwrocie koronawirusa".

Wszyscy pamiętają te słowa, ale zapominają, że mieliśmy wtedy nadzieję, że najgorsze już za nami. Oczywiście jako odpowiedzialny polityk, premier nie powinien był tak szybko spieszyć się z optymizmem. Oczekiwałabym od liderów większej odpowiedzialności i dalekowzroczności. Nie czuję się kompetentna, żeby oceniać politykę rządu, chociaż wiem, że wszyscy o tym ze sobą rozmawiają: w domu, w sklepie... Jesteśmy jednak w sytuacji unikalnej w skali światowej i chyba nikt nie ma dobrego pomysłu. Śledzę to, co dzieje się na świecie - we Francji na przykład jest ścisły lockdown, ale dzieci chodzą do szkół, co jest dla mnie problematyczne. Jestem przekonana, że COVID zawitał do naszego domu ze szkoły. Cieszyłam się, kiedy dzieci mogły do niej chodzić. Pamiętam ich kondycję, kiedy wiosną pracowały w trybie online i ten czas spędzały przed ekranem komputera. To było trudne psychicznie, więc kiedy znów poszły do szkoły, to było fajne, wszyscy się z tego cieszyliśmy. Kto wie, może to był błąd. Może wcześniej jesienią powinny zostać w domu?

Wspomniała Pani, że śledzi to, co dzieje się na świecie. Wiele dzieje się w Stanach Zjednoczonych - wybory doprowadziły do protestów, ale i ulicznego świętowania. Zgromadzenia mają miejsce także w Polsce - ludzie wyszli protestować przeciwko wyrokowi Trybunału Konstytucyjnego w sprawie zaostrzenia prawa aborcyjnego. Czy teraz, kiedy Pani wie, z czym wiążę się zachorowanie na COVID, zdecydowałaby się Pani pójść na strajk?

Kiedy ja przebywałam w izolacji, moja siostra poszła na strajk. Manipulacją jest opowiadanie, że protestujący są odpowiedzialni za wzrost zakażeń. Widziałam modele, które prognozowały dokładnie takie przyrosty jesienią, kiedy nikt nie spodziewał się protestów. Uważam, że na przyrost zakażeń o wiele bardziej wpłynęło późne zamknięcie szkół. Oskarżanie protestujących o odpowiedzialność za rozrost pandemii to zwykłe świństwo. Niestety, ten bunt w Polsce był w pełni uzasadniony, protesty były słuszne a tego gniewu można było po prostu uniknąć.

Czy uważa Pani, że zamknięcie galerii handlowych, przez co ludzie tracą pracę, a jednocześnie nie zamknięcie kościołów jest sprawiedliwe?

Jest wiele absurdalnych sytuacji, można by je mnożyć. Ja jestem przeciwna zamykaniu kościołów, bo to są bardzo intymne i ważne miejsca dla wierzących, zwłaszcza starszych i samotnych osób. Mam nadzieję, że wierni po prostu będą stosować się do nowych zasad panujących w świątyniach. Jeśli chodzi o galerie handlowe, to też uważam, że nie powinny być zamykane. Nie mogą być zamknięte na długo, to się nie opłaca nikomu. Ludzie wiedzą, że jest pandemia i sami powinni ograniczać swoje wizyty w takich miejscach do minimum, aczkolwiek zakazywanie handlu w wybranych sklepach wydaje mi się bez sensu. Tym bardziej, że ludzie tracą pracę i konsekwencje gospodarcze mogą być tragiczne.