Weronika Marczuk zamieściła dramatyczny wpis. "Świadomość, że i tak urodzę martwe dziecko była nie do zniesienia"

Choć Weronika Marczuk od roku jest szczęśliwą mamą, w związku z wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego postanowiła podzielić się ciemną stroną starań o macierzyństwo. Poruszającą historię Grażyny zamieściła na Instagramie.

Od czwartku 22 października trwa burza wokół wyroku Trybunału Konstytucyjnego ws. aborcji. Decyzją sędziów terminacja ciąży z powodu nieuleczalnych chorób i uszkodzeń płodu jest nielegalna, ponieważ jest niezgodna z konstytucją. 

CZYTAJ TEŻ: "Taniec z Gwiazdami". Julia Wieniawa wsparła protest kobiet. Zrobiła to nie tylko za pomocą słów

Pomimo pandemii ludzie wyszli na ulice. Zdecydowana większość społeczeństwa nie zgadza się z naruszaniem wypracowanego przed laty tzw. kompromisu aborcyjnego. Onet opublikował wyniki sondy przeprowadzonej na portalu: aż 92 proc. głosujących nie zgadza się z wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego. Przeciwko wyrokowi Trybunału Konstytucyjnego protestowały między innymi Małgorzata Kidawa-Błońska i Małgorzata Trzaskowska. 

ZOBACZ TEŻ: Gwiazdy protestują po wyroku TK ws. aborcji. Na ulice Warszawy wyszli m.in. Trzaskowscy, Musiał, Zborowska

Weronika Marczuk opowiedziała o walce o macierzyństwo. Jej wpis porusza do łez

Po decyzji Trybunału Konstytucyjnego w sieci zawrzało. Gwiazdy podzieliły się swoimi intymnymi historiami dotyczącymi ciąży, macierzyństwa i poronień. Swoją historię opowiedziała między innymi Joanna Koroniewska, która z traumatyczną utratą ciąży mierzyła się aż sześciokrotnie.

Do grona osób, które zechciały wesprzeć kobiety, dołączyła właśnie Weronika Marczuk. Gwiazda na Instagramie zamieściła szalenie poruszający wpis, w którym opisała starania o macierzyństwo jednej z bohaterek swojej książki:

W czwartym miesiącu zrobili mi USG i okazało się, że dziecko ma poważną wadę genetyczną. Bardzo poważną, taką bardzo, bardzo poważną, którą medycyna określa jako: karzeł królewski (jednostka chorobowa to achondroplazja). Oznacza to, że kości długie, czyli kończyn, czaszki i żeber, nie rozwijają się prawidłowo, klatka piersiowa jest znacznie zmniejszona, a głowa nieproporcjonalnie duża. Usłyszałam, że mogę takie dziecko wychowywać, bo jego serce bije. Załamałam się...

Dalej Marczuk opowiada o piekielnych procedurach, z którymi zetknęła się Grażyna. Lekarze poradzili ciężarnej kobiecie, by urodziła dziecko, które nie miało szansy na przeżycie:

Zrobiono mi mnóstwo badań. Okazało się, że dziecko nie przeżyje, bo nie będzie miało klatki piersiowej i nie wykształcą się płuca. Wystawiono mi dokument, dzięki któremu lekarze mieli wykonać wcześniejszą terminację. Konsultowałam mój przypadek z lekarzami z zagranicy, byłam w rozpaczy, ale przygotowałam się na to. Nie wyobrażałam sobie, że mam być w ciąży jeszcze kolejne cztery miesiące. Świadomość, że i tak urodzę martwe dziecko była nie do zniesienia. Koszmarem był również fakt, że diagnostyka trwała bardzo długo, zbierały się kolejne konsylia, komisje etyczne i zalecały ponownie te same badania, cały czas nie było wiadomo, co dalej. Dwukrotnie byłam proszona na posiedzenie takiej komisji etycznej w szpitalu. Musiałam opowiadać swoją historię i uzasadniać, dlaczego chcę dokonać terminacji. Radzono mi urodzić dziecko i zostawić w szpitalu.

To, w jaki sposób pacjentka została potraktowana przez personel szpitala, mrozi krew w żyłach:

Wywołano poród naturalny, który trwał... pięć dni. Tego nikt mi nie powiedział, nikt mnie nie uprzedził. Każdego dnia wszystko zaczynało się od nowa. Urodziłam... Procedury okazały się straszne. Za wszelką cenę trzeba ratować każde dziecko, więc moje również intubowano i jeszcze trzy doby utrzymywano go przy życiu. To było ponad siły. A po porodzie okazało się, że nie całe łożysko wyszło i trzeba było je usuwać w znieczuleniu ogólnym. Nieprzytomną wywieźli mnie z sali operacyjnej i tak zostawili na korytarzu pod moją separatką... - czytamy.

Pod postem Weroniki pojawiło się mnóstwo wspierających komentarzy od kobiet, które dziękowały gwieździe, że podzieliła się tą historią.

Zobaczcie sami.