Magdalena Masny wspomina pracę w "Kole Fortuny". "Cieszy mnie, że ktoś jeszcze o mnie pamięta". Czym się aktualnie zajmuje?

Magdalena Masny przez sześć lat była hostessą kultowego programu "Koło Fortuny". Po ponad 20 latach postanowiła wspomnieć pracę na planie teleturnieju.

Magdalena Masny była pierwszą hostessą w programie "Koło Fortuny" emitowanym w latach 1992-1998. Zajmowała się tzw. odkrywaniem literek. Od emisji programu minęło ponad 20 lat, a modelka zrezygnowała z wystąpień i odsunęła się w cień. Teraz w rozmowie z portalem "Faktem" zdradziła, jak wspomina pracę w teleturnieju i czym zajmuje się obecnie.

Magdalena Masny wspomina pracę w "Kole Fortuny"

Magdalena Masny opowiedziała, że nie spodziewała się, że program będzie tak długo emitowany. Choć jedynie "odsłaniała literki", popularna jest po dziś dzień.

Spotykałam się czasem z określeniami - „O to ta pani od literek”, ale dużego szumu nie było i wcale mi go nie brakowało. Dzisiaj bardziej cieszy mnie to, że po tylu latach ktoś jeszcze o mnie pamięta. Czasem jak siedzimy w większym towarzystwie, ludzie zwracają na mnie uwagę, ale myślę, że przyglądają się, by sprawdzić jak bardzo się zmieniłam. W końcu, gdy pracowałam w telewizji byłam młodziutka, miałam zaledwie 23 lata - zaczęła.

Następnie odniosła się do relacji z prowadzącym, Wojciechem Pijanowski.

Mało kto o tym wie, ale myśmy się na planie zaprzyjaźnili. Ludziom trudno w to uwierzyć, bo przecież w studiu odzywał się do mnie w specyficzny sposób... To były tylko żarty. Przyjaźnimy się i spotykamy do dzisiaj.

Magdalena Masny opowiedziała także o kultowym tekście "Magda, pocałuj Pana", który powiedział do niej Pijanowski.

Przyznam, że ja go w ogóle nie pamiętam. W momencie wygranej były takie emocje, że nie słyszało się, kto co mówi. Były oklaski, gratulacje i myśmy trochę odchodzili na bok, a zwycięzcy fetowali w swoim gronie. Ja naprawdę nie słyszałam tego zdania.

Była gwiazda telewizji zdradziła również, czym zajmuje się w wolnej chwili.

Podczas pandemii wymyśliłam sobie, że będę uprawiać warzywnik. Poza tym zajmowałam się wnukiem, bo mój syn i synowa są ratownikami medycznymi i ja wzięłam maluszka do siebie, żeby nie był narażony na kontakt z nimi. Więc po prostu byłam babcią. A z warzywniakiem to był szalony pomysł. Mieszkam w Sopocie, a ogród jest na Warmii i muszę do niego dojeżdżać. To są niecałe dwie godziny drogi, więc wbrew pozorom nie jest tak ciężko. Pomyślałam, że Warmia to będzie taki wakacyjny azyl. Wciąż jestem kreatywną osobą. Cały czas prowadzę pracownię florystyczną, która wcześniej była kwiaciarnią. Ponieważ przez pandemię odwołano wiele ślubów i imprez okolicznościowych, interes na pewien czas stanął.

A Wy pamiętacie "Panią od literek"?