Dwa razy miał się rozwieść, ale mimo wszystko wspierali się z żoną w walce z rakiem. Poruszająca historia Andrzeja Turskiego

Ich małżeństwo trwało 40 lat. Dziennikarz i okulistka  - wydawałoby się, że osoby z dwóch różnych światów, a stworzyli bardzo zgrany duet. W sądzie spotkali się dwukrotnie, ale zamiast się rozstać, godzili się. Życie Turskiego było przepełnione miłością nie tylko do żony i córki, ale też widzów.

Zofia i Andrzej Turscy

Andrzej Turski 46 lat spędził u boku ukochanej Zofii. Para pobrała się w Sylwestra w 1970 roku. Ale poznali się, kiedy Turski miał zaledwie 14 lat. Zofia była o rok młodsza. Dziennikarz wielokrotnie wspominał, że kiedy po raz pierwszy ją zobaczył, miała na sobie czerwone sztruksy i była... piękna.

Cały czas wyrzucam sobie, czy byłem dla niej przez te wszystkie lata
wystarczająco dobry. Nasze małżeństwo było dość burzliwe. Ja dwa razy składałem pozew
rozwodowy i dwa razy go nie podtrzymywałem
Cały czas wyrzucam sobie, czy byłem dla niej przez te wszystkie lata wystarczająco dobry - wspominał w wywiadzie dla "Newsweeka".

Andrzej Turski dwa razy składał pozew o rozwód.

Po tak zwanych rozprawach pojednawczych nie wznawiałem sprawy. Za drugim razem ona już wiedziała, że i tak nie wznowię. Po pierwszej rozprawie zabrałem ją na kawę, po drugiej też, ale ona już się śmiała. Sędzia coś pie*ł, pie*ł, a ja zapytałem: Zosiu, czy przyjmiesz zaproszenie na kawę?". A ona na to: "Z przyjemnością". I mówi do mnie: "Dalszego ciągu nie będzie, widzę po tobie". Ja na to: "Co masz na myśli? Jeśli chodzi o nasze życie, to dalszy ciąg będzie, jeśli chodzi o ten pie*ny sąd, to nie sądzę" - opowiadał.

Małżeństwo dziennikarza i okulistki nie należało do najłatwiejszych, bo łączyły ich bardzo silne emocje. Kiedy Turcy zaczęli poważnie chorować okazało się, że nikt nie jest w stanie wspierać ich tak bardzo jak oni sami.

Andrzej Turski, Zofia TurskaALBERT ZAWADA / AGENCJA GAZETA

Andrzej Turski Andrzej Turski KAPiF

Choroba Zofii

Zofia Turska walczyła z rakiem jelita grubego. Dziennikarz nie odstępował jej nawet na krok, był obecny podczas każdego zabiegu chemioterapii.

Czasem pielęgniarka zamykała kurek i mówiła nam:
?A teraz państwo mogą pójść na randkę do restauracji na dół?. Zjeżdżaliśmy sobie na
dół na ciastko. Zosia nie wypytywała o swoją chorobę. Raz tylko zaniepokoiła się:
?Andrzej, kiedy ja wyzdrowieję??. Powiedziałem wtedy: ?Zosiu, jesteś po siódmej
chemii, jeszcze pięć razy i będzie OK?. Jak ona biedactwo brała tę chemię, to miała
gorszy apetyt i jedyna rzecz, jaką mogła jeść, to były krewetki, które robiłem jej na
maśle i na czosnku. Siadaliśmy oboje w kuchni, ona obierała czosnek, bo go było dużo,
ja rozmrażałem krewetki, przygotowywałem patelnię i smażyłem je. Kiedyś nie
wytrzymałem i zapytałem lekarkę: ?Jak pani wytłumaczy, że żona je tylko krewetki??. A
ona na to: ?Widocznie ma zapotrzebowanie na ten typ białka. A pana to martwi??. ?Nie,
trochę dziwi? ? odparłem. ?To niech to pana ani nie dziwi, ani nie martwi, bo gorzej
byłoby, gdyby żona miała ochotę tylko na kawior. Wtedy by pan odczuł to boleśnie?.
Czasem pielęgniarka zamykała kurek i mówiła nam: "A teraz państwo mogą pójść na randkę do restauracji na dół". Zjeżdżaliśmy sobie na dół na ciastko. Zosia nie wypytywała o swoją chorobę. Raz tylko zaniepokoiła się: "Andrzej, kiedy ja wyzdrowieję?". Powiedziałem wtedy: "Zosiu, jesteś po siódmej chemii, jeszcze pięć razy i będzie OK". Jak ona biedactwo brała tę chemię, to miała gorszy apetyt i jedyna rzecz, jaką mogła jeść, to były krewetki, które robiłem jej na maśle i na czosnku. Siadaliśmy oboje w kuchni, ona obierała czosnek, bo go było dużo, ja rozmrażałem krewetki, przygotowywałem patelnię i smażyłem je - mówił "Newsweekowi".

Andrzej Turski, Zofia TurskaKAPiF

Zofia odeszła w 2010 roku. Turski nie powiedział od razu, że jego ukochana nie żyje. Następnego dnia stawił się w budynku telewizji i pracował jak zawsze.

Wielu ludzi tego nie rozumie. Ale ja uznałem, że powinienem tak zrobić. Ona by tak chciała. Jestem o tym przekonany. Więc zrobiłem to, co do mnie należało. I zadzwoniłem dopiero drugiego dnia rano, że Zosia zmarła - tłumaczył.

Owocem miłości Zofii i Andrzeja Turskich jest córka, Urszula Chincz, która wybrała taką samą ścieżkę zawodową co jej ojciec.

Urszula Chincz, Andrzej TurskiKAPiF

Małgorzata i Andrzej Turski Małgorzata i Andrzej Turski KAPiF

Przyjaźń z Małgorzatą

Turski nigdy nie ukrywał, że bardzo ciężko mu sobie poradzić ze śmiercią żony. Mówił, że dopiero z czasem zrozumiał, że "kawałek świata się dla niego w sposób nieodwracalny". Zwierzał się, że ma poczucie niesprawiedliwości, że tak niesamowita osoba jak Zofia, musiała tak bardzo cierpieć.

Przy Zosi zadaję. Była taka życzliwa ludziom, dlaczego ona? Do tej
pory siedzę przy komputerze w sypialni tuż przy łóżku i jak coś ciekawego znajdę, co
by mogło ją zainteresować, zaczynam mówić: ?Posłuchaj Zosiu?. I w ostatniej chwili
gryzę się w język. Mój dom jest naładowany wspomnieniami. Ale ja się w nim najlepiej
czuję. Był zrobiony przez nią, może trochę go zagraciła. Dobrze mi tam.
Do tej pory siedzę przy komputerze w sypialni tuż przy łóżku i jak coś ciekawego znajdę, co  by mogło ją zainteresować, zaczynam mówić: Posłuchaj Zosiu. I w ostatniej chwili  gryzę się w język. Mój dom jest naładowany wspomnieniami. Ale ja się w nim najlepiej  czuję. Był zrobiony przez nią, może trochę go zagraciła. Dobrze mi tam - tłumaczył w rozmowie z "Newsweekiem".

Zrozumienie znalazł w przyjaciółce Małgorzacie, chociaż media doszukiwały się w ich znajomości czegoś więcej, Turski uparcie powtarzał, że nie jest gotowy na nową miłość, ponieważ nadal przeżywa żałobę.

Pamięć nie jest taka naskórkowa, jak się wydaje ludziom, którzy nigdy w życiu nikogo nie stracili - mówił. - Ona jest znacznie głębsza i znacznie bardziej bolesna niż fakt, że siadam w tym samym łóżku czy tym samym fotelu. Ludzie się dziwią, bo widzą mnie z przyjaciółką Małgorzatą i reagują w prostacki sposób: "O, szybko się pocieszył". Tu nie chodzi o żadne pocieszenie.

Andrzej TurskiKAPiF

Andrzej Turski Andrzej Turski KAPiF

Walka o zdrowie

Choroba była nie tylko utrapieniem jego żony, ale też jego samego. Zdrowie dziennikarza zaczęło szwankować w 2004 roku. Wszystko zaczęło się bardzo niewinnie, od stanu podgorączkowego.

Brałem jakiś antybiotyk, ale to
oczywiście nie pomagało. Po którejś z wizyt lekarka skierowała mnie na
prześwietlenie, wszczęła alarm, kiedy zobaczyła wyniki.
Andrzej Turski: Coś tam zobaczyła i choć my jeszcze nie mieliśmy świadomości co, moja
żona, która była lekarką, wpadła w popłoch i uruchomiła kontakty. Zadzwoniła do córki
swojej przyjaciółki, niespełna czterdziestoletniej pani profesor, z prośbą o pomoc, a
ona powiedziała: ?Żaden problem, umówię wujka z profesorem Wiesławem Jędrzejczakiem
jeszcze dzisiaj?. Zosia zapytała: ?O której? Przecież Andrzej pracuje do wpół do
jedenastej w nocy!?. ?Profesor pracuje jeszcze dłużej, bo do północy ? roześmiała się
przyjaciółka ? więc zdążą się spotkać?.
Newsweek: Od razu postawił diagnozę?
Andrzej Turski: Nie. Powiedział, że są trzy możliwości: może to być ziarnica, może to
być choroba, której nazwy dziś nie pamiętam, ale nie nowotworowa, no i może to być
chłoniak. Zosia, kiedy to wszystko usłyszała, potwornie zbladła, pamiętam to bardzo
dobrze, ale starała się nie dać tego po sobie poznać. Nie chciała, żebym panikował.
Ja bardzo spokojnie przyjąłem tę wiadomość. Może dlatego, że jestem optymistą, więc z
góry przyjąłem założenie, że nie może być źle, że musi być dobrze. Zadałem
profesorowi tylko jedno pytanie: ?Jakie są rokowania w tej chorobie??.
Brałem jakiś antybiotyk, ale to  oczywiście nie pomagało. Po którejś z wizyt lekarka skierowała mnie na prześwietlenie, wszczęła alarm, kiedy zobaczyła wyniki - opowiadał "Newsweekowi". Coś tam zobaczyła i choć my jeszcze nie mieliśmy świadomości co, moja  żona, która była lekarką, wpadła w popłoch i uruchomiła kontakty.

Turskiego zbadał profesor Wiesław Jędrzejczak, który nie postawił od razu diagnozy. Mówił, że są trzy możliwości: może to być ziarnica albo chłoniak. Po kilku kolejnych badaniach okazało się, że to nowotwór układu chłonnego.

Zosia siedziała przy mnie, przynosiła mi wodę z bufetu, jak mogłem coś zjeść po oddaniu krwi, przynosiła mi jakąś bułkę. Przeszliśmy przez to 12 razy - wspominał.

W 2009 roku nastąpił nawrót choroby. Dzięki temu, że została wcześnie zdiagnozowana, Turski bardzo szybko wrócił do zdrowia. Wydawało się, że to koniec problemów dziennikarza. W grudniu 2013 roku niespodziewanie poczuł się gorzej i mówił, że musi zrezygnować z części obowiązków zawodowych. 5 grudnia przeszedł zawał serca i od tamtego czasu aż do śmierci pozostawał w stanie śpiączki farmakologicznej.

Andrzej TurskiKAPiF

Andrzej Turski Andrzej Turski Fot. Arek cichocki / AG

Żył pracą

W walce z chorobą dodawała mu sił nie tylko miłość najbliższych, ale praca, która była dla niego sensem życia.Karierę zaczął w 1968 roku w Redakcji Młodzieżowej Polskiego Radia. Później był dyrektorem III Programu Polskiego Radia i naczelnym Programu I. Pod koniec lat 80. XX wieku został dyrektorem i redaktorem naczelnym TVP1.

III Programu Polskiego Radia idyrektorem
naczelnego Programu I

Za swoje zasługi Andrzej Turski został odznaczony m.in. Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski i Złotym Krzyżem Zasługi. W 2005 roku zdobył tytuł Mistrza Mowy Polskiej w piątej edycji plebiscytu.

Andrzej Turski jednak miał nie tylko przyjaciół i fanów, ale też sporą grupę przeciwników, którzy często wytykali mu, że w latach 1974 - 1990 należał do PZPR. Dziennikarz niechętnie wchodził z nimi w rozmowy i skupiał się na widzach programów, które prowadził: "Panoramy" i "7 dni świat". Jak mówił:

Nie powinno być tak, że jeden redaktor interesuje się głównie drugim redaktorem.

W chwili śmieci Andrzej Turski miał 70 lat.

Andrzej TurskiKAPiF

Więcej o:
Komentarze (2)
Dwa razy miał się rozwieść, ale mimo wszystko wspierali się z żoną w walce z rakiem. Poruszająca historia Andrzeja Turskiego
Zaloguj się
  • ganimedes

    Oceniono 47 razy 47

    Żona była kobietą z klasą . A córka jest tak podobna do mamy , jakby była jej sobowtórem . Wyrazy współczucia pani Urszulo,że musiała Pani pożegnać już drugiego z rodziców ...

  • lion80

    Oceniono 64 razy 48

    Najlepszy dowód na to, ze rozwód nie jest koniecznością, można się kłócić, nawet spotykac w sądzie - ale zawsze jest szansa, żeby się pogodzić i żyć szczęśliwie w małżeństwie. A teraz? Niektóre małżeństwa rozwodzą się po dwóch latach bo "skoro sie wszystko wypaliło to mam prawo szukać szcześcia gdzie indziej" zamiast chwilę się zastanowić, nawet zrobic sobie krótką przerwę, a potem wrócić i starać się odbudować RODZINĘ to większość woli wylądować w ramionach kochanki/kochanka.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX