Johnny Depp opowiada... WYWIAD

Szalony Kapelusznik z Alicji w Krainie Czarów mówi o swoim pierwszym spotkaniu z Timem Burtonem i o tym, czy miewa koszmary senne...

 

Kotek, specjalnie dla Was wytropił i upolował fajny wywiad z jednym z najbardziej popularnych amerykańskich aktorów. Filmografia Johnny'ego Deppa jest równie długa, co różnorodna. Znany jest m.in. z takich filmów jak "Edward Nożycoręki", "Donnie Brasco", "Dziewiąte Wrota", z serii filmów przygodowych "Piraci z Karaibów" oraz z najnowszego filmu Tima Burtona "Alicja w Krainie Czarów".

 

 

Grając Szalonego Kapelusznika, czasami decydowałeś się na używanie szkockiego akcentu. Dlaczego? I jak podobało ci się noszenie kiltu w wielkiej scenie bitwy?


JOHNNY DEPP: Cóż, szkocki akcent był czymś, czym bawiłem się już podczas kręcenia "Marzyciela". Tamten akcent pochodził odrobinę bardziej z okolic Aberdeen. Jeśli chodzi o ten... Na samym początku Tim i ja rozmawialiśmy o tym, że tak naprawdę Szalony Kapelusznik jest zlepkiem wielu różnych postaci i że powinien prezentować skrajne strony ich osobowości. Więc chciałem być skrajnie ponury i niebezpieczny ze szkockim akcentem. Mam nadzieję, że udało mi się to osiągnąć. A poza tym lubię nosić spódniczki [śmiech]!

 

W jaki sposób wymyśliłeś koncepcję wyglądu postaci i wewnętrznie przygotowałeś się do roli Szalonego Kapelusznika?


JOHNNY DEPP: Cóż, obie te kwestie są w pewnym sensie powiązane. Jeśli chodzi o wygląd postaci, to właściwie pierwsze pomysły, o których rozmawialiśmy z Timem, pochodziły prosto z książki. Były tam również te małe, dziwne, zagadkowe fragmenty, które umieścił w książce Lewis Carroll. Rzeczy takie jak to, że uwagę Szalonego Kapelusznika przykuwają słowa na literę "M". To już samo w sobie było intrygujące. Czytasz "Alicję w Krainie Czarów" i "Po drugiej stronie lustra" i nigdy nie znajdujesz odpowiedzi na takie zagadki. Więc ja zacząłem prowadzić badania dotyczące kapeluszników. Natrafiłem na informacje na temat czegoś, co było nazywane "chorobą kapeluszników". Generalnie chodziło o to, że do klejenia kapeluszy używali oni bardzo toksycznej substancji, która zawierała mnóstwo rtęci, którą ciężko się zatruwali. To zatrucie manifestowało się na wiele różnych sposobów. U niektórych rozwijało się coś w stylu syndromu Tourette'a [zaburzenie neurologiczne charakteryzujące się występowaniem licznych tików motorycznych i werbalnych], niektórzy cierpieli na zaburzenia osobowości... inni stawali się po prostu bardziej ponurzy. Więc pomyślałem sobie "to jest to".  Substancja, której używali, miała pomarańczowy odcień i stąd właśnie wzięły się wszystkie pomarańczowe akcenty w wyglądzie Szalonego Kapelusznika. A jeśli chodzi o moje podejście do bohatera, po prostu starałem się odnaleźć te miejsca w jego wnętrzu... te najbardziej ekstremalne strony osobowości. Więc w jednej chwili ogarnia cię autentyczna furia, za moment wpadasz w jakiś przerażający korkociąg strachu, a potem z kolei stajesz się wyjątkowo beztroski. To właśnie było to, co starałem się osiągnąć, kręcąc sceny, kiedykolwiek tylko udawało mi się znaleźć na to odpowiedni moment.

 

 

Co czułeś, gdy czytałeś książki Lewisa Carrolla o Alicji jako dziecko?


JOHNNY DEPP: Pamiętam, że czytałem te książki, gdy byłem dzieckiem, ale to były takie skrócone wydania. Potem, oczywiście, zastąpiła je animowana wersja Disneya. Ale ponieważ te historyjki są tak epizodyczne, abstrakcyjne i chaotyczne, bardziej niż cokolwiek innego pamiętam właśnie postacie i to jak, z jakiegoś powodu, potrafiły one utkwić mi w głowie. Nawet ludzie, którzy nie czytali książki, znają wszystkich jej bohaterów.


Jak sądzisz, jak twoje dzieci zareagują na film, bo jest przecież odrobinę bardziej mroczny niż książki?


JOHNNY DEPP: Właściwie to moje dzieci już widziały ten film... Ja nie, więc tak jakby wysłałem je na linię frontu. Ale widziały go i bardzo im się spodobał... absolutnie go uwielbiają, wręcz zwariowały na jego punkcie i cytowały teksty z niego. Uważają, że jest wspaniały i pokochały wszystkie postacie. Nie przestraszył ich.

 

Jaki jest twój przepis na sukces?


JOHNNY DEPP: Tylko szczęście, tak naprawdę... Po prostu miałem mnóstwo szczęścia przez te lata. Wiesz, to cud, że ludzie nadal mnie zatrudniają po niektórych rzeczach, które uszły mi na sucho! Więc uważam, że wszystko sprowadza się do szczęścia. Nie było sposobu, by to przewidzieć... przed "Piratami z Karaibów" byłem zaszufladkowany... dosłownie nazywali mnie "trucizną box office'ów" -  nie wierzyli, że film z moim udziałem może się sprzedać - z czym w sumie się pogodziłem. W ogóle mi to nie przeszkadzało. Ale potem wydarzyli się "Piraci" i nagle Tim [Burton] nie musiał już dłużej walczyć z wytwórniami, by dać mi rolę. A przed "Piratami z Karaibów" musiał.

 

Współpracowałeś z Timem Burtonem siedem razy. Jak rozwijały się wasze relacje?


JOHNNY DEPP: Cóż, poznaliśmy się ze 20 lat temu na planie "Edwarda Nożycorękiego". I znowu, fakt, że Tim wybrał akurat mnie do tej roli, był cudem... miałem totalne szczęście, że zdecydował się obsadzić mnie w tym filmie. Powiedziałbym, że jedna rzecz zmieniła się od tamtej pory: jeśli znasz kogoś tak długo, zbliżacie się do siebie. Ale z punktu widzenia samego procesu, z punktu widzenia pracy, tak naprawdę nic się nie zmieniło od czasu, gdy kręciliśmy "Edwarda Nożycorekiego". Zawsze był między nami jakiś rodzaj skrótowości, zawsze było... Tim przekręcał głowę w określony sposób, albo mrużył oko, a ja od razu mówiłem: "Tak, tak, rozumiem. Wiem, czego chcesz". Jedna rzecz, która ewoluowała, to to, że nie da rady uniknąć... gdy dorosły mężczyzna zaczyna zmieniać pieluszki i inne takie [śmiech], dyskutujecie o tym. O posiadaniu dzieci... o tego rodzaju sprawach. Jedna z rzeczy, z których jestem najbardziej dumny, to to, że byłem pierwszą osobą, która podarowała Timowi pełny zestaw DVD z "The Wiggles" [popularny australijski program dla dzieci]!

 

Jakie miejsce zajmuje Szalony Kapelusznik wśród wszystkich postaci, które grałeś w swojej karierze?


JOHNNY DEPP: Miałem bardzo zdecydowane opinie na temat tego, jak powinien wyglądać i się zachowywać. Wiedziałem, że nie powinien być po prostu klaunem rozśmieszającym ludzi. Czułem, że powinna istnieć jakaś inna strona jego osobowości... jakiś rodzaj problemów, jakaś trauma. On jest odrobinę skrzywiony. Przede wszystkim... nie chcę znowu używać słowa "szczęście", ale czułem, że mam ogromne szczęście, że uchodzi mi to na sucho, bo zawsze przecież znajdzie się ktoś, kto przyjdzie i powie: "O Jezu, co on znowu wyprawia?". W dziwny sposób czułem się tak, jakbym na jakimś poziomie dokonał infiltracji obozu wroga i udało mi się wydostać z niego bez szwanku.


Kto jest twoją ulubioną szaloną osobą na świecie i dlaczego?


JOHNNY DEPP: Tim, bo czasami daje mi pracę [śmiech]. Nie, serio, w pewnym sensie jest szaloną osobą, ale jest to szaleństwo, które w oczywisty sposób mu służy. Może wprawię go tym w zakłopotanie, ale zawsze podziwiałem Tima za jego zaangażowanie we własną wizję i niemożność pójścia na jakiekolwiek kompromisy, i za robienie dokładnie tego, czego chce i tak, jak tego chce, we własny, bardzo wyjątkowy sposób. Jeśli o mnie chodzi, uważam go za jednego z niewielu prawdziwych artystów kina. Mam na myśli prawdziwych artystów... prawdziwych reżyserów. Obecnie to niemal nieistniejący gatunek. Więc Tim jest moją ulubioną szaloną osobą.

 

Czy było ci trudno pożegnać się z postacią Szalonego Kapelusznika?


JOHNNY DEPP: Zawsze tęskni się za granymi przez siebie postaciami, gdy już się od nich odchodzi. Ale też jakaś ich część zawsze w tobie pozostaje.

 

Jakie były twoje sny podczas kręcenia filmu? Miewałeś koszmary?


JOHNNY DEPP: O, śniły mi się obrzydliwe rzeczy. Ale ja w ogóle mam skłonności do nieco mrocznych snów. Nie pamiętam żadnego, który w szczególności poruszyłby mnie podczas kręcenia. Zresztą nie sądzę, żeby to w ogóle miało coś wspólnego z kręceniem. Myślę, że to przychodzi samo z siebie. Ale raz miałem sen, że Alan Hale, kapitan z serialu "Wyspa Gilligana", goni mnie po ulicach Hollywood! Serio...

 

Lubicie filmy z Johnnym Deppem?

Więcej o: