Alkohol, imprezy, skandale. Sylwetka Janusza Panasewicza, wokalisty Lady Pank

Mówią o nim "polski Mick Jagger".

Mówią o nim "polski Mick Jagger", a on się przed tym nie broni.

Biografię Janusza Panasewicza, jak przystało na "prawdziwego" rockandrollowca, można napisać nie tylko jego zasługami dla muzyki, ale również licznymi skandalami. Wokalista Lady Pank zapisał się w historii polskiej muzyki rozrywkowej tyleż dokonaniami artystycznymi, co z upodobaniem rozdmuchiwanymi przez prasę awanturami.

Wiadomo, że zdarzały się różne skandale. Bo jak masz dwadzieścia parę lat, grasz setki koncertów, masz pieniądze i sądzisz, że wszystko ci wolno, a pod hotelem widzisz tysiąc panienek, to... powiedzmy, że nie do końca wiesz, co się z tobą dzieje. Po pierwsze, jednak myśmy tych skandali nie generowali, tak jak to teraz robią młodsi muzycy, tylko wszystko się działo spontanicznie i naturalnie - wspominał dawne czasy w rozmowie z "Galą".

Ostatnio znowu jest głośno o Januszu Panasewiczu. W trakcie niedzielnego koncertu w Tarnobrzegu muzyk był mocno "niedysponowany": fałszował, zapominał tekstu, klął i kładł się na scenie. Potem przepraszał...

Janusz PanasewiczFot. Kapif

Janusz "Panas" Panasewicz urodził się 18 stycznia 1956 roku w Lipsku w województwie podlaskim. Dzieciństwo jednak spędził w Olecku, gdzie skończył szkołę podstawową. Potem przeniósł się do Białegostoku i tam zdał maturę w III Liceum Ogólnokształcącym. Wrócił do Olecka i podjął pracę w Regionalnym Ośrodku Kultury "Mazury Garbate". Do dzisiaj pozostał mu ogromny sentyment do tego miasta na Mazurach.

Tęsknię za miejscami. Pochodzę z Olecka. I choć nie żałuję, że wyjechałem z tego miasteczka, to lubię do niego wracać. Tam ludzie mają fajne charaktery i wyznają proste wartości, takie jak honor, przyzwoitość, uczciwość. A w wielkich miastach różnie z tym bywa - mówił w cytowanym wywiadzie.

Potem było wojsko, chórki w wojskowym zespole Desant i przedłużenie pobytu w kamaszach ze względu na stan wojenny.

Miałem nadzieję, że uznają mnie za niepoczytalnego. Ale niestety, zwerbowali mnie do Węgorzewa. Byłem zwykłym szeregowym - mówił w rozmowie z "Machiną".

W składzie Lady Pank zadebiutował jeszcze jako wojak, ale dopiero po opuszczeniu armii związał się na dobre z zespołem. To były szalone czasy, młodzi muzycy potrafili w ciągu roku zagrać więcej koncertów, niż rok miał dni. Panasewicz i koledzy z zespołu już wtedy potrafili "na rozruch" ostro drinkować.

W dawnych czasach rano waliłem łychę [whisky - red.] i "jechałem koncercik". Dzisiaj po czymś takim zdycham. Po co umierać? - opowiadał w 2007 roku w rozmowie z "Playboyem".

Panasewicz przyznaje, że nie bez kozery preferował whisky. Jak sam przyznawał, po wódce stawał się agresywny.

Ja pijam czystą dwa razy do roku, w okolicach Wielkanocy i Bożego Narodzenia. Pod śledzika (śmiech). I zawsze wtedy wstępuje we mnie diabeł. Niedobrze mówię do ludzi, źle się zachowuję, jest najgorzej na świecie. Dwa razy do roku proszę mi wybaczyć.

Z kolei w rozmowie z "Galą" dopowiada o zagrożeniu alkoholizmem i o tym, jak sobie z tym radził.

Bałem się tego, bo były sytuacje, w których czułem, że zaczyna być niedobrze. Stres trzeba było zapić albo było zbyt dużo wolnego czasu. Bo budzisz się rano i nie wiesz, co ze sobą zrobić. A jak najlepiej zabić czas? Pijąc. Na szczęście przed alkoholizmem chroniła mnie zawsze odpowiedzialność. Bo jeśli wiedziałem, że mam coś do zrobienia, to natychmiast się mobilizowałem. Nie chcę bowiem nikogo zawodzić, ani prywatnie, ani zawodowo.

Na szczęście, pomimo zamiłowania do mocnych trunków, Panasewicza nigdy nie pociągały narkotyki. Przyznaje, że kiedy jest w rodzinnych stronach na Mazurach i ktoś poczęstuje jointem, to nie odmówi. Jednak poza wczesnymi doświadczeniami z różnego rodzaju używkami, muzyk jest czysty. Szybko bowiem stwierdził, że narkotyki nie są dla niego.

W Stanach dla samego próbowania przeciągnąłem różne rzeczy. Poza żyłą chyba wszystko. Czułem się okropnie i bałem się każdego. Myślałem, że do Polski już nie wrócę. Od tamtej pory olewam narkotyki - zdradził "Playboyowi".

Janusz PanasewiczFot. Kapif

Osobną sprawą są za to skandale. Panasewicz kiedyś obliczył, że na scenę wychodził prawie 10 tysięcy razy. Sporo tych występów zaliczył "na gazie", czasami na dużym. Bywały też draki w hotelach. Generalnie świetnie się bawił i zawsze był skory do żartów, które nie zawsze dawały jemu i zespołowi dobrą prasę. Panasewicz opowiada o tym chętnie, a może nawet z pewną dumą. Jak na przykład o "aferze" w katowickim Hotelu Olimpijskim.

Kiedy zabawa trwała już w najlepsze, nagle pojawił się elegancki biznesmen z teczką. Zaprosiliśmy go, by się do nas dołączył i był w siódmym niebie, ale wkrótce zmorzony alkoholem, usnął. Wtedy zaczęło się rzucanie tortami i ktoś wpadł na pomysł, żeby biznesmenowi zdjąć buty i nałożyć do nich tortu. Kiedy wkładaliśmy jego stopy w buty, to przez dziurki od sznurówek wychodziły takie tortowe robaczki. Wkrótce potem wszyscy się rozeszli, a rano wybuchła afera. Bo przyszła pani sprzątaczka i gdy zobaczyła ten tort, który był także na ścianach, powiedziała, że ona tego sprzątać nie będzie za żadne pieniądze, a w ogóle to idzie to zgłosić do recepcji. Wtedy biznesmen się obudził. Powiedzieliśmy mu: "Widzisz, jaki jesteś? To my cię ugościliśmy, poczęstowaliśmy, czym tylko chciałeś, a zobacz, jak się odwdzięczyłeś - urządziłeś zadymę i ochlastałeś cały pokój tortem". Facet był przerażony. Mówił: "Panowie, nie wiem, co mi się stało, to wszystko przez tę cholerną wódkę. Ale ja za to wszystko zapłacę" (śmiech).

To jedna z wielu anegdot, z których można by napisać alternatywną biografię Janusza Panasewicza i zespołu Lady Pank. Większość z nich ma w tle alkohol, jednak nie wszystkie są tak zabawne. Te, na których zamroczony alkoholem muzyk z trudem stał na scenie do tych zabawnych nie należą.

Prywatnie Janusz Panasewicz ma trzech synów: 34-letniego Wojciecha z małżeństwa z Bogusławą Ossowską i 7-letnich bliźniaków Juliusza i Brunona ze związku z Ewą Smolarczyk. Bliźniacy urodzili się, kiedy miał 52 lata.

Powiedziałem sobie: "Facet, wszystko jest OK, ale masz 52 lata. Czy dasz sobie radę?". Nie w sensie materialnym, ale emocjonalnym. To mnie najbardziej nękało. Ale gdy moi synkowie na mnie spojrzeli, to nagle wszystkie obawy szlag trafił. Oni są moją radością. Od razu zresztą zaangażowałem się w bycie ojcem. Nosiłem ich na rękach i kąpałem się z nimi od samego początku. Tylko do przewijania się nie wyrywam, bo jest wielu innych chętnych, to co się będę wcinał (śmiech). Ostatnio, gdy Julek został u dziadków, a Brunona przywieźliśmy do nas, bo musieliśmy z nim iść do lekarza, powiedziałem Ewie, że jak mnie wywalą z roboty, to zatrudnię się jako baby-sitter, ale do jednego dziecka. Bo opieka nad jednym to dla mnie naprawdę małe piwo - mówił "Gali".

Janusz PanasewiczFot. Kapif

alex