Beata Sadowska i jej 7-miesięczny syn przeżyli nieprzyjemną przygodę w samolocie: Chamstwo, złośliwość i olewanie

Co się stało?

Na początku kwietnia Beata Sadowska wracała samolotem z Fuerteventury z dziennikarskiego wyjazdu na Ford Kite Cup. Dziennikarka pokłóciła się z obsługą lotu i długo nie mogła dojść po tej sprzeczce do siebie. Na blogu opisała tę nieprzyjemną sytuację.

Beata Sadowska nie należy do gwiazd, które uważają, że zasługują na specjalne traktowanie. Nie rozumie jednak, dlaczego pracownicy linii lotniczych, którymi wracała do Polski zza granicy, mogli potraktować zarówno ją, jak i innych pasażerów w ten sposób. Co się stało? Dziennikarka leciała wraz ze swoim 7-miesięcznym synem. Już na początku kilkugodzinnego lotu poprosiła o możliwość zmiany miejsca na takie, w którym mniej wieje i można rozłożyć siedzenie do tyłu.

Nie teraz - usłyszała od stewardessy w odpowiedzi.

Za chwilę spróbowała ponownie.

Przepraszam, czy...
Nie może Pani.
Ale dlaczego?
Nie teraz!

Sadowska zwróciła się więc do innego pracownika. Usłyszała dokładnie to samo: "Nie teraz".

Słyszę i nie wierzę. Czy ktokolwiek uczył tych państwa jakichkolwiek manier, bo o dobrych nie ma tu mowy. Czy ktokolwiek przeszkolił ich z komunikacji z klientem? Czy ktokolwiek powiedział im, że praca w usługach polega m.in. na rozmowie, interakcji, a nie na bezczelnym zbywaniu natrętnej petentki, za jaką zapewne mnie uznali? Czy ktokolwiek uwrażliwił ich na drugiego człowieka? Na 7-miesięcznego malca? (...) Nie, nie przesadzam. Za mną siedział pan z dzieckiem na kolanach, więc nie mogłam rozłożyć fotela, żeby ich nie zmiażdżyć. Za nim - kolejny rodzic z dzieckiem. Siedzieliśmy od korytarza, gdzie potwornie wiało - napisała w serwisie NaTemat.pl.

Beata Sadowska WBF

Sadowska nie przestała dopytywać o powód, dla którego nie mogłaby przesiąść się na i tak puste miejsca. Usłyszała, że muszą być wolne na wypadek, gdyby któremuś z pasażerów zrobiło się słabo. Po starcie samolotu znów poprosiła o rozmowę z szefową pokładu.

Czy mogę prosić o pani imię i nazwisko? - zapytałam.
Już się przedstawiłam - usłyszałam i znowu nie wierzyłam. Ani ja, ani podróżujący ze mną dziennikarze z kilku prasowych tytułów.
Naprawdę nie muszę zapamiętywać imienia i nazwiska szefowej pokładu witającej pasażerów, więc...? - nie dawałam za wygraną.
Anna G... (tu padło nazwisko). Przez samo "ż".
Proszę mi powiedzieć, który punkt regulaminu Waszego przewoźnika mówi o tym, że pierwszy rząd musi być wolny, w razie gdyby któryś z pasażerów poczuł się słabo?
To nie jest tak - usłyszałam w odpowiedzi.

Beata Sadowska KAPIF

Na miejscach przy wejściach ewakuacyjnych leżały za to torby i pakunki pracowników lotu. Do rozmowy włączyła się obca Sadowskiej kobieta siedząca w rzędzie po drugiej stronie korytarza.

Proszę Pani, zwróciła się do szefowej pokładu, wystarczy odrobina dobrej woli. To dziecko za chwilę będzie chore, tu bardzo wieje, a pierwszy rząd jest cały wolny.

Stewardessa zareagowała na to tylko "syknięciem". Sadowska nie mogła zmienić miejsca do końca podróży. Syn dziennikarki rozchorował się zaraz po powrocie do domu.

Niewiarygodne, jak odrobina władzy degeneruje. Jak łatwo ulec pokusie pokazania, kto tu rządzi. (...) I pomyśleć, że wystarczyłaby przyjazna rozmowa. Wytłumaczenie, z jakiego powodu, dlaczego. Może ze względów bezpieczeństwa? Albo innych, o których ja nie wiem, a załoga pokładu powinna? I wiedzieć i opowiedzieć. Wystarczyło powiedzieć, że z tyłu samolotu jest wolny cały rząd i tam można się przesiąść i rozłożyć fotel, nie miażdżąc z tyłu nóg innego ojca z dzieckiem. Usiąść od okna albo na środkowym fotelu, gdzie nie ma przeciągu. Tak wiele, tak niewiele. Zamiast tego było chamstwo, złośliwość i olewanie, bo lekceważenie nie oddaje zachowania ekipy samolotu.

Współczujemy Sadowskiej niemiłych wrażeń. Mieliście kiedyś podobny problem?

 

aga