"Myślisz, że jesteś pierwsza?". "Wprost" rozmawia z rzekomą ofiarą Durczoka i jego kolegami z "Faktów": Było przekonanie, że szefowi wolno wszystko

Trzecia odsłona skandalizującej historii "Wprost" z Kamilem Durczokiem w roli głównej wprowadza wątek kolejnej rzekomej ofiary dziennikarza.

W tej historii padło dotąd jedno nazwisko. W trzeciej publikacji "Wprost" szef "Faktów" został już bez ogródek wskazany palcem. Inni bohaterowie są wciąż anonimowi. W jednym z dwóch nowych tekstów tygodnika, była pracownica TVN oskarża przełożonego o mobbing i molestowanie. W drugim znalazły się ponoć wypowiedzi byłych i aktualnymi pracownikami stacji. Dzięki nim poznajemy kontekst historii. Nikt z mówiących o Kamilu Durczoku nie zdradza tożsamości.

Z artykułu "Nietykalny" dowiadujemy się, jakoby znany dziennikarz przez długie miesiące próbował skłonić swoją podwładną do intymnych relacji. Dowodem mają być SMS-y z telefonu kobiety. Drugi artykuł, "System Durczoka", jest spojrzeniem na warsztat i zachowanie szefa "Faktów" w pracy. Współpracownicy wytykają mu brutalny język, uciążliwość we współpracy i nadmierne flirtowanie z podwładnymi. Ich słowa mają uwiarygadniać historię "ofiary".

Wszystko zaczęło się w lutym 2010 r. W stacji pracowałam prawie rok, byłam researcherką. Mieliśmy wyjazd służbowy do Zakopanego, nocleg mieliśmy w jednym z hoteli. O trzeciej w nocy dostałam od Kamila Durczoka SMS-a. "Wpadniesz?" Nie odpisałam - opowiada Magdalena.

Kobieta twierdzi, że Durczok przez kolejny rok wysyłał jej SMS-y z propozycjami spotkań. Gdy pokazała je koledze, miała usłyszeć: "Myślisz, że jesteś pierwsza?". Za radą psychologa "mówiła nie". Za którymś razem miała przeczytać, że "jeździ na jednej łyżwie" i poczuć zagrożenie. Magdalena (nazwisko kobiety pozostaje nieznane) twierdzi, że poszła wówczas do Kamila Durczoka i próbowała się zwolnić.

Wtedy zachował się bardzo w porządku. Powiedział, żebym nie zmieniała pracy. Dostałam podwyżkę i możliwość robienia materiałów producenckich.

Do czerwca 2012 roku miało się układać. W pracy była doceniana, miała etat. Kryzys miał nastąpić po imprezie firmowej. Durczok miał jej zaproponować wspólną jazdę taksówką, ona odmówiła.

Nagle pojawiły się problemy w redakcji. Wszystko co robiłam, było złe. Podobnie jak on zaczęli mnie traktować inni. Pamiętam, jak jeden z kolegów wypalił do mnie na dzień dobry: "Czy mogę cię pocałować w cycuszki?". Któregoś dnia Kamil wezwał mnie do siebie: "Widzę, że nie jesteś zadowolona. Odejdź z pracy - przekonuje Magdalena.

Zgodziła się odejść po wydłużonym okresie wypowiedzenia. Formalnie zakończyła pracę w styczniu 2013 roku. "Wprost" przedstawia tamte lata słowami rzekomych byłych i obecnych dziennikarzy "Faktów". Ich uwagi znalazły się w tekście "System Durczoka".

Praca z Kamilem to siedzenie na tykającej bombie. To, że wybuchnie, jest oczywiste. Wszyscy się tylko zastanawiają, kiedy to będzie i kto tym razem ucierpi - tygodnik cytuje słowa reporterki, która współpracowała z Durczokiem.

Dalej czytamy o zamiłowaniu szefa "Faktów" do zatrudniania kobiet asystentek, flirtów i promowania "ulubienic". Także o "przykrej fazie odchodzenia w odstawkę".

Bo Kamil szybko się nudził - tłumaczy były kolega.

Szef "Faktów", w słowach rzekomych kolegów ze stacji, to choleryk, który cierpi na gwałtowne zmiany nastrojów.

Kiedyś z nerwów połamał słuchawki.
Poziom chamstwa i wulgarności przekraczał wszelkie granice.
Kiedyś w ataku furii ogłosił, że rozwiązuje cały zespół.

W tym samym tekście współpracownicy Durczoka zapewniają, że kariera przez łóżko w TVN była niemożliwa. W stacji wciąż trwa wewnętrzne śledztwo, audyt. Do czasu jego zakończenia, TVN nie chce komentować doniesień prasowych. "Wprost" nieoficjalnie podaje, że pierwsze osoby pracujące w stacji już "złożyły relacje" audytorom.

Kamil Durczok na okładkach "Wprost"

socha

POLUB NAS