Był weteranem Woodstock, śpiewał dla prezydenta, nurzał się w narkotykach "po uszy". Pod koniec życia łowił ryby i spacerował z psami. Sylwetka Joe Cockera

Każdy, kto choć raz oglądał koncert Joe Cockera, musiał zwrócić uwagę na jego ręce: nieustannie poruszające się, zagarniające przestrzeń, jakby obdarzone własnym życiem. Joe Cocker, kiedy śpiewał, śpiewał całym ciałem, całym sobą. 22 grudnia pożegnaliśmy legendę muzyki.

Woodstock, 17 sierpnia 1969 roku, tuż po godzinie 14. Przed tysiącami widzów na scenie pojawił się 25-latek z bujną, niesforną fryzurą. Wśród utworów, które zaśpiewał tego popołudnia, był też "With A Little Help From My Friends". Kiedy skończył, publiczność nagrodziła go długą, energiczną owacją. Czy ktoś dzisiaj pamięta, że to piosenka z repertuaru The Beatles? Podobno był to jeden z nielicznych przypadków, kiedy pierwotna wersja nie była tak dobra, jak interpretacja.

Wtedy właśnie narodziła się legenda, objawił się genialny interpretator, który sprawiał, że piosenki innych wykonawców w niesamowity sposób "zrastały się" z nim. Joe Cocker nadawał im nowe życie, a szczerością swojego charakterystycznego, schrypniętego głosu sprawiał, że często brzmiały lepiej, niż w oryginale.

To właśnie od Woodstock zaczęła się trwająca kilkadziesiąt lat kariera muzyczna tego byłego montera gazowego z Sheffield, choć tak naprawdę grać zaczął jako 15-latek w zespole The Avengers pod pseudonimem Vance Arnold.

Joe Cocker East News

Po Woodstock nagrał genialną płytę "With A Little Help From My Friends" (1969) i z rozpędu jeszcze jedną, zatytułowaną po prostu "Joe Cocker!". Jeszcze do 1972 roku było w porządku. Cocker koncertował z Jimi Hendrixem i Janis Joplin, a potem jego impet artystyczny jakby osłabł. Artysta w pełni uczestniczył w szalonym, narkotycznym życiu lat 70., które utonęły w oparach alkoholu. Cocker potrafił wtedy wyjść na scenę tak odurzony używkami, że z trudem łapał łączność ze światem i nie zawsze potrafił sobie przypomnieć tekst śpiewanej piosenki.

Gdybym był silniejszy psychicznie, mógłbym pokonać pokusy. W tamtych czasach nie było jednak odwyków. Narkotyki były łatwo dostępne, a ja nurzałem się w tym po same uszy. A kiedy już się wpadło w ciąg, trudno się było z niego wyrwać. Lata mi zajęło, żeby wyjść na prostą - wspominał później.

Równowagę odzyskał w latach 80. Powrót nie był artystycznie udany, ale Cocker przynajmniej zaczął nagrywać, a to już było coś. Pierwsza płyta nie była najlepsza, ale potem było już coraz lepiej. W 1982 roku otrzymał Grammy za zaśpiewaną w duecie z Jennifer Warnes piosenkę "Up Where We Belong", wykorzystaną w filmie "Oficer i dżentelmen" (w rolach głównych Richard Gere i Debra Winger). Interesujący "Civilized Man" z 1984 roku czy rewelacyjny "Unchain My Heart" z 1987 tylko ugruntowały jego artystyczną pozycję w branży muzycznej.

Zaczęło mu się również szczęścić w życiu prywatnym. W 1987 roku wziął ślub z Pam Baker, swoją drugą żoną.

Pam pozwoliła mi wydostać się z tego. Sprawiła, że zacząłem pozytywnie myśleć. Byłem bardzo zamknięty w sobie. To ona uświadomiła mi, że ludzie wciąż chcą słuchać, jak śpiewam i przekonała mnie, że mogę wyrwać się z zamkniętego kręgu - mówił.

Zdarzały się też i dość paradoksalne sytuacje w jego życiu. Ten Anglik, mieszkający w Kolorado, został poproszony o zaśpiewanie dla George'a Busha w 1989 roku. On, hipis, weteran Woodstock, w przeszłości karany za posiadanie narkotyków, miał zaśpiewać dla prezydenta USA, byłego dyrektora CIA. W jednym z wywiadów wspominał, że stracił wtedy głos.

To było jak poproszenie o występ dla rodziny królewskiej w Anglii. Dałem się namówić. Nie miałem zapatrywań politycznych. Gdybym jednak miał, bliżej byłoby mi do Demokratów. Ale wtedy naprawdę nie myślałem w ten sposób.

W tym samym wywiadzie odpowiedział dziennikarzowi na pytanie o owo charakterystyczne wymachiwanie ramionami, które bez mała stało się jego wizytówką. Jeżeli ktoś oglądał relację z Woodstock, to widział, że Cocker już wtedy wykonywał te przedziwne gesty.

Myślę, że to się wzięło z frustracji, że nigdy nie nauczyłem się grać na pianinie czy gitarze. Jak widzisz, już teraz nie jestem taki ożywiony, ale to po prostu sposób na wczucie się - jak jestem podekscytowany, to udziela się to też mojemu ciału.

Ostatnie lata życia Joe Cocker spędził z Pam na odludnej farmie w Kolorado. Nie zaprzestał aktywności artystycznej, jednak zaczął doceniać samotność, fizyczny kontakt z przyrodą. Lubił chodzić na ryby i na spacery ze swoimi psami. Zmarł 22 grudnia po długiej walce z rakiem płuc.

Joe Cocker East News

Jacek Zalewski