To był ostatni odcinek tego sezonu "Kuchennych". W Przasnyszu kelnerki zarabiają... 3 zł na godz. Gessler namówiła je do strajku

Restauratorka zbuntowała całą załogę przeciwko "oszczędnemu szefowi". Efekt zaskoczył ją samą.

Dariusz z zamiłowania jest pilotem, to właśnie lataniem na śmigłowcach umila sobie czas. Czasem jednak musi zejść na ziemię, a tu czeka na niego restauracja "Imperium", która chyli się ku upadkowi , a pracownicy wynagradzani są głodową pensją. To właśnie do tego lokalu w Przasnyszu Magda Gessler zawitała w ostatnim odcinku 10. sezonu "Kuchennych Rewolucji". Mimo że nie było ku temu żadnych powodów, imperialny nastrój nie opuszczał właściciela. Jak się okazuje tylko on był stałym klientem.

Mamy jednego stałego klienta. Nasz szef przychodzi na śniadanie, obiad i kolację - relacjonowała jedna z kelnerek.

Już na wejściu Magdę Gessler uderzył nie uzasadniony niczym przepych panujący w wystroju w lokalu. No i ta pretensjonalna nazwa - "Imperium", która z rzeczywistością nie miała niestety nic wspólnego. Na ścianie zaś wisiał portret szlachecki dziadka, jak sam zapewniał, właściciela.

Tak, tak, pana wyobraźnia nie zna granic - skwitowała Gessler.

Niestety potrawy serwowane w lokalu też się nie obroniły. Flaki były rozgotowane, a golonka twarda i sina. Jednak uwagę Gessler przykuła kolejna "zabawka" szefa - wąż - boa dusiciel będący swoistą atrakcją lokalu, ukryty na szczęście w terrarium.

Po co wam tu? - pytała szczerze zdumiona.
To szefa - ta odpowiedź kelnerki musiała wystarczyć.

Szybko wyszło na jaw, że wysokie mniemanie o swoim pochodzeniu właściciela nie idzie w parze z jego hojnością. Gessler odkryła, że pracownice mają dosłownie głodową pensję i w dodatku pracują w nieludzkich warunkach.

W normalny dzień zarabiam 3 zł na godzinę.  Pracujemy 48 godzin na 48 godzin. Jestem dostępna nocą, najpierw pracuję w restauracji, a potem  w hotelu - opowiedziała kelnerka.

Podobne warunki obowiązywały także innych pracowników - szefowa kuchni zarabiała 5 zł za godzinę, podobnie szefowa kuchni, co daje jej... 550 zł wynagrodzenia miesięcznie. Kelnerki wyznały Gessler, że muszą pracować po 48 godzin, bo inaczej "nie miałyby, żeby wyżyć". Gessler nie miała wyjścia.

Ja mam taką propozycję, że zrobimy strajk - oświadczyła.

Można by się spodziewać prawdziwej rewolucji, a jednak strajk odbył się bez rozlewu krwi i w iście pokojowej atmosferze. Gessler zaprowadziła pracowników do innego lokalu i tam na spokojnie uzgodnili nowe warunki pracy.

Szefowa kuchni ma więc zarabiać 2000 zł netto plus premia, a kelnerki po 1700 zł. Mają pracować w 8 godzinnym systemie pracy. Jak na taką zmianę zapatrywał się szef? Początki były trudne.

Szefowa kuchni to jest, jakby to powiedzieć, materialistka - skwitował nowe wymagania pracowników.

Następny dzień przyniósł jednak iście rewolucyjną zmianę w jego nastawieniu - przyniósł pracownikom do podpisania nowe umowy o pracę na czas nieokreślony. Nawet Gessler nie dowierzała.

Lepiej się pan czuje? - dopytywała.
Dochodzę do siebie - wyjaśnił.

Przyszedł więc czas na zmiany. Gessler (o ironio!) nawiązała do jednej z fanaberii właściciela czyli węża boa. Lokal ma się odtąd nazywać Długi Wąż. Restauratorka wykorzystała też słabość Darka do przepychu. Tylko teraz ma ona wyjść mu na dobre.

Będą skóry boa na ścianach, złoto i jeszcze raz złoto - roztaczała wizję.

Karta dań ma też być iście królewska. W lokalu będzie można zjeść połówki kaczki z nadzieniem z kaszy, prawdziwe flaki, tatary, a na deser paschę z czekoladą karmelową. Kolacja się udała, a gości nie zabrakło. Nadziewana kaczka faktycznie skradła podniebienia. Kiedy wydawało się, że we właścicielu naprawdę zaszła zmiana, jego stare przyzwyczajenia dały o sobie znać.

Wolnej ręki wam nie dam, bo to się na mnie odbija - zapowiedział pracownikom tuż po zakończonej sukcesem kolacji.

Cztery tygodnie później, mimo ambitnego planu Gessler sama nie dowierzała, że jej strajk odniesie skutek i właściciel faktycznie będzie płacić pracownikom według ustaleń. Po skosztowaniu dań, od razu więc przeszła do spytek.

Kucharka zapewniła ją, że zarabia 2 razy więcej niż wcześniej i dostaje premię.

Jak coś się zmieni, to do Pani zadzwonię - zapewniała.

U kelnerek też zmieniło się na lepsze.

Nocki są wolne, człowiek wypoczęty z uśmiechem przychodzi do pracy - mówiła jedna z kelnerek.

W lokalu gości nie brakowało. Przede wszystkim broniły się dobre dania.

Po mieście Przasnysz się rozniosło, że kaczka to coś niesamowitego - mówiła jedna z klientek.

Tym razem Gessler sama była zaskoczona powodzeniem swojej rewolucji. Przyznała, że nie wierzyła, że jej strajk naprawdę odniesie sukces. Właściciel niestety nie nabrał pokory. W lokalnym wywiadzie udzielonym po "Rewolucji" stwierdził, że dotychczas w jego restauracji podawano podobne dania tylko "inaczej podane".

Mieliśmy w nim podobne rzeczy z kuchni polskiej, ale teraz są inaczej podane. Serwowaliśmy na przykład pierś z kaczki, teraz przyrządzamy ją całą i podajemy na pajdzie chleba z nadzieniem z kaszy i borowików. Pół kaczki w restauracji Długi Wąż kosztuje 50 zł - mówił w Gazetawroclawska.pl.

Żeby było zabawniej, pomysł na nową nazwę lokalu... przypisał sobie.

Podczas jednej z moich podróży spotkałem hodowcę boa dusicieli i jednego przygarnąłem. Mieszka w terrarium w restauracji. Są restauracje, w których odbywają się pokazy karmienia węży, chciałem u siebie mieć coś podobnego. W Długim Wężu raz na miesiąc boa dusiciel dostaje żywego szczura, którego pożera z apetytem na oczach gości... - mówił w tym samym wywiadzie.

Cała nadzieja w tym, że dania same się obronią, a goście przymkną oko na skłonność do samouwielbienia właściciela.

Vic

Więcej o: