"W 2000 roku wygrałaś Szansę na sukces..." To nie jedyna rzecz, jakiej o niej nie wiecie. Na co przeznaczyła 40 tys. i czy płakała po porażce w "TzG"

Z uśmiechem dziękuje za komplementy o nogach, ale zaraz przyznaje, że wolałaby być oceniana jako wokalistka. Skoncentrowana na muzyce i rodzinie, stroni od salonów. Mieszka pod Wrocławiem ze swoim partnerem i menadżerem, Maciejem Durczakiem, nie wpuszcza kamer do domu, koncertuje. Zresztą także tegorocznego Sylwestra, jak co roku, spędzi na scenie - wystąpi na wielkim koncercie Polsatu w Gdyni. Anna Wyszkoni w rozmowie o ?Tańcu z Gwiazdami?, Łzach i pomaganiu, którym nie chce się chwalić.

Angelika Swoboda, Gazeta.pl: - W "Tańcu z Gwiazdami" dostałaś łatkę perfekcyjnej Anny Wyszkoni.

- Jestem perfekcjonistką, ale przede wszystkim kieruję się tym, co mam w sercu. Lubię mieć wszystko dopięte na ostatni guzik, ale jak za tym nie idą uczucia, to perfekcjonizm nic nie da. W pewnym momencie miałam jednak wrażenie, że z mojej dbałości o szczegóły zrobiono wadę.

Myślisz, że dlatego nie wygrałaś?

- Dotarcie do finału już jest ogromnym sukcesem. Kiedy zaczynałam przygodę z programem, nie zastanawiałam się, jak daleko zajdę. Cieszę się z tego, co osiągnęłam w tańcu, choć nie do końca podoba mi się łatka, którą mi doczepiono.

Jesteś rozczarowana? Podobno po finale uciekłaś i nie chciałaś z nikim rozmawiać...

- To nieprawda. Dobrze, że o to pytasz, bo zdziwiły mnie takie rewelacje już po finale. Zostałam do końca, jak zawsze ostatnia wychodziłam z hali, w której odbywał się program. Potem bawiłam się długo z całą ekipą na after party, choć nie powinnam, bo następnego dnia miałam koncert w Krakowie. Mam swoją muzykę i swój świat, który nie gaśnie wraz ze światłami w programie. Dlatego nie czułam się rozczarowana. Świetnie się bawiłam przez te 11 tygodni.

Anna Wyszkoni i Jan KlimentAkpa

Przy ogłaszaniu wyników płakałaś.

- W finale się wzruszyłam, gdy dziękowałam moim bliskim za wsparcie. Bardzo mnie dopingowali.

"Tańca" co prawda nie wygrałaś, ale w 2000 roku byłaś najlepsza w "Szansie na sukces". Pomogło to ci się przebić?

- Na pewno pomogło, choć niewiele osób już pamięta, że kiedy brałam udział w "Szansie na sukces", miałam już wydane dwie płyty i bardzo wówczas popularną piosenkę "Agnieszka". Ale zdecydowanie to "Szansa" otworzyła mi szerzej drzwi do świata mediów, bo zespołu Łzy nikt wtedy nie traktował poważnie, a "Agnieszkę" grały tylko lokalne stacje radiowe, żadna ogólnopolska.

4 lata temu rozstałaś się z zespołem Łzy. Co wtedy czułaś?

- To była jedyna możliwa dla mnie droga. W zespole już się dusiłam, nie mieliśmy wspólnego języka, nie łączyło nas już nic poza wspólnymi koncertami. Nie byliśmy nawet w stanie nagrać kolejnej płyty, tak różne mieliśmy podejście do muzyki, tekstów, produkcji. Bałam się, ale wiedziałam, że jeśli tego nie zrobię, zginę artystycznie. Wolałam startować od początku solowo niż jechać dalej na wózku, który był rozpędzony, ale pędził donikąd.

%Wyszkoni Anna, Kliment Jan 2014-11-14Kapif

No i radzisz sobie doskonale. Zaprosił cię nawet do współpracy Marek Jackowski.

- To była piękna historia. Marka Jackowskiego poznałam podczas wspólnej trasy koncertowej poświęconej innemu Markowi - Grechucie. Marek był bardzo otwartym i ciepłym człowiekiem, prawdziwym Artystą. Najpierw zaproponował mi piosenkę na moją nową płytę. Do tekstu Kory, który miał w swojej szufladzie, skomponował piękną melodię i tak powstało "Zapytaj mnie o to, kochany". Kora zgodziła się, bym zaśpiewała jej tekst, co podobno zdarzyło się pierwszy raz. Ten utwór jest dla mnie wyjątkowy, ponieważ, jak się później okazało, jest ostatnim stworzonym przez ten wyjątkowy duet. Potem w dość naturalny sposób Marek zaprosił mnie do współpracy, kiedy rozpoczął nagrania swojej nowej solowej płyty. Jak się okazało, ostatniej, dlatego tym większą wartość ma dla mnie ta współpraca i ta przyjaźń.

Jak się z nim pracowało?

- Marek w każdej rozmowie przekazywał swoim rozmówcom jakieś mądrości życiowe, choć daleki był od moralizowania i pouczania, był najbardziej skromnym człowiekiem, jakiego poznałam. Nasza współpraca opierała się na wzajemnej życzliwości i sympatii, choć oczywiście była bardzo profesjonalna, bo Marek był muzycznym perfekcjonistą. W studiu pilnował każdego dźwięku, miał jasną i konkretną wizję tego, co chce osiągnąć. Bardzo wiele się od niego nauczyłam.

Był guru z Maanamu. Jak to się stało, że się zaprzyjaźniliście?

- To stało się w sposób naturalny. Podczas wielu spotkań koncertowych i w studiu nagraniowym panowała atmosfera wzajemnej życzliwości, więc nie było innej możliwości niż się zaprzyjaźnić. Choć na początku oczywiście był dla mnie przede wszystkim legendą, tym guru z jednego z najważniejszych zespołów w historii polskiej muzyki. Ale Marek nie miał w sobie nic z gwiazdy, nigdy nie okazywał nikomu wyższości, dlatego ten dystans bardzo szybko znikał. Byłam nawet z moją rodziną na wakacjach we Włoszech, u Marka i jego rodziny. Mieszkali w małej nadmorskiej miejscowości na południu Włoch, skąd przy ładnej pogodzie widać Sycylię. Kiedy Marek szedł ulicą, wszyscy się do niego uśmiechali, pozdrawiali go, a on uśmiechał się do wszystkich. Był nieprawdopodobnie lubiany przez wszystkich, tak pięknym i bogatym wewnętrznie był człowiekiem. Zaprzyjaźniliśmy się też z jego żoną i córkami, z którymi mamy cały czas dobry kontakt. Mój narzeczony i menadżer był również menadżerem Marka, więc łączyło ich również wiele spraw zawodowych. To na pewno zacieśniło te nasze kontakty. Do tej pory Maciek kultywuje pamięć o Marku organizując koncerty jemu poświęcone i dbając o to, by jego piosenki ciągle żyły w pamięci ludzi. Na Marka zawsze można było liczyć, był wyjątkowym, bardzo mądrym i dobrym człowiekiem, jakich już jest coraz mniej.

Anna WyszkoniKAPIF

Zaśpiewałaś też z Maciejem Zakościelnym. Stresował cię ten przystojniak?

- Zaprosiłam Maćka na kilka moich koncertów w USA, które grałam w lutym. Maciek mieszkał wtedy w Los Angeles, więc nie miał daleko Rzeczywiście jest bardzo przystojny i uwielbiany przez kobiety, co było bardzo odczuwalne, kiedy wychodził na scenę. Do tego pięknie śpiewa i gra na skrzypcach, roztacza wokół siebie fascynującą aurę. Wspólne występy z nim na scenie były pięknym doświadczeniem i mam nadzieję, że Maciek przyjmie jeszcze kiedyś moje zaproszenie na scenę. Może na koncert jubileuszowy, który szykuję za rok.

Angażujesz się w działalność charytatywną, ale się tym nie chwalisz. Czemu?

- Bo pomagam z potrzeby serca, a nie dla rozgłosu. Chwalę się chętnie nowymi piosenkami, płytami, moją muzyką, a to, co robię dla dzieci, robię przede wszystkim dla nich. Oczywiście czasem, żeby zwrócić uwagę ludzi na jakiś problem, trzeba o nim opowiedzieć publicznie, a osoby znane mają na to większe szanse, więc to nie jest tak, że zupełnie unikam rozgłosu przy tych akcjach na rzecz dzieci, ale nie chcę robić wokół tego wielkiego zamieszania.

Dałaś na przykład 40 tys zł na szpital w Sosnowcu...

- To było tak, że podczas koncertu na rzecz szpitala w Sosnowcu przekazałam moją złotą płytę na aukcję. Płytę nabył człowiek z Gniezna za 25 tysięcy, 15 tysięcy przekazaliśmy ze sprzedaży płyt i zdjęć w sklepiku podczas tego koncertu i w ten sposób uzbierała się ta kwota. Szpital w Sosnowcu zajmuje się głównie leczeniem górników, którzy mają jeden z najniebezpieczniejszych zawodów na świecie. Ten temat jest mi dość bliski, bo pochodzę ze Śląska. Dlatego nie wahałam się ani chwili, kiedy zostałam zaproszona do udziału w tym koncercie.

Dwa lata temu zostałaś ambasadorką Zakładu Opiekuńczo-Leczniczego dla Dzieci w Jaszkotlu koło Wrocławia. Opowiedz proszę, na czym to polega.

- Zakład w Jaszkotlu prowadzą siostry zakonne ze wspaniałą, charyzmatyczną siostrą Sylwią na czele. Kiedy zadzwoniła do mnie pierwszy raz z prośbą o wsparcie wizerunkowe jej Zakładu, poczułam w niej niewiarygodną moc i wielkie serce. I rzeczywiście, siostra Sylwia przenosi góry, bo w zakładzie przebywa dużo więcej dzieci niż jest przewidziane i niż wynoszą państwowe dotacje. Na utrzymanie pozostałych dzieci i całej placówki siostra Sylwia musi pozyskać środki od sponsorów i innych ludzi dobrej woli. To naprawdę nie jest łatwe, bo jako zakład leczniczy nie ma wiele do zaoferowania w zamian. A jednak robi wszystko, żeby zapewnić tym chorym i pokrzywdzonym przez los dzieciom godne dzieciństwo, leczenie i ciepło. W tym miejscu jest tak wiele nieszczęścia, a jednocześnie kiedy tam wchodzę, bo staram się odwiedzać dzieci jak najczęściej, spotykam się z niewiarygodną pogodą ducha i radością, za którą podziwiam te dzieciaczki. Moje zaangażowanie w ten zakład jest jednak niczym w porównaniu z ogromną pracą, jaką wykonują dla tych dzieci siostry. Staram się, jak mogę, żeby przekazać im dużo ciepła, wspieram ośrodek w mediach, bo to jest właśnie taki przypadek, kiedy trzeba nagłośnić ich trudną sytuację, żeby ludzie dowiedzieli się o tym i też mogli pomóc. Wspieram Zakład podczas wszystkich akcji świątecznych, podczas akcji 1% i kiedy tylko mogę. I na tym polega moje "ambasadorowanie".

Zatem "Życie jest w porządku"?

- Niektórzy pytają mnie czy tylko w porządku czy aż w porządku. Odpowiadam zawsze, że życie jest dla nas w porządku zawsze, kiedy my jesteśmy w porządku wobec życia i innych ludzi. Dla mnie jest aż w porządku, ale to wszystko zależy od podejścia i od tego ile sami chcemy od życia wziąć. Jeśli podchodzimy do życia z optymizmem, radością i wielkim sercem, to wierzę, że życie odwzajemni się tym samym.

Rozmawiała: Angelika Swoboda

Więcej o: