Reżyserka "Rolnik szuka żony": W australijskiej wersji rolnicy byli jak z reklam. Nasi są z krwi i kości. Wielu wypiękniało, Zbyszek wymienił sobie zęby

"Dla mnie to nie reality show, a telenowela dokumentalna, nobilituje zawód rolnika" - w niedzielę zakończyła się pierwsza edycja show TVP1 "Rolnik szuka żony". Polacy pokochali program i każdej niedzieli w liczbie dochodzącej do 4 milionów zasiadali przed telewizorami, śledząc miłosne perypetie pięciu rolników. Anna Więckowska opowiedziała Angelice Swobodzie o tym, czy show jest "obciachowe", o "hejcie" i co sądzi o tym, że niektórzy rolnicy nie znaleźli partnerki.

Angelika Swoboda, Gazeta.pl: - Czuje się pani odpowiedzialna za rolników, którzy wystąpili w show "Rolnik szuka żony"?

Anna Więckowska, reżyserka show "Rolnik szuka żony": - Czuję się za nich odpowiedzialna i muszę się liczyć z tym, jak program wpłynie na ich życie. Muszę ich też chronić, także przed nimi samymi. Ludzie, którzy nie mieli wcześniej kontaktu z mediami rzadko są świadomi, jak ich wystąpienie na ekranie zostanie odebrane. Montując nakręcony materiał, z jednej strony staram się, żeby to było zgodne z prawdą i interesujące dla widza, z drugiej - żeby nie przekraczało pewnych granic. Żeby po zakończeniu programu jego bohaterowie mogli żyć z tą popularnością.

Ma pani poczucie winny, że niektórzy są obśmiewani czy krytykowani?

- Nie wszystkie reakcje da się przecież przewidzieć... Przede wszystkim mam ogromny szacunek do tych ludzi, że zdecydowali się wystąpić w programie i jestem o nich spokojna, bo wiem, że mają dystans do tego krytyki czy negatywnych komentarzy. Zresztą, przyznam szczerze, że wszystkich nas sukces programu niezwykle zaskoczył. Nie spodziewaliśmy się takiej oglądalności.

A spodziewała się pani żartów z bohaterów?

- Czułam, że mogą pojawić się drwiny już od samego początku. Jak mówiłam, że robimy program pod tytułem "Rolnik szuka żony", widziałam te uśmieszki... Bo od słowa rolnik jest bardzo blisko do słowa wieśniak. Oczywiście, żarty czy hejt są bolesne, ale przecież każdy kto robi coś publicznie, staje się na nie narażony. Mam jednak nadzieję, że uczestnicy kolejnych edycji będą już wiedzieli, czego się spodziewać.

Internauci żartują, że teraz TVP powinna nakręcić odcinki "Hydraulik szuka żony", "Elektryk szuka żony" i tak dalej... Ma pani poczucie obciachu?

- Ależ skąd. Sama nawet żartowałam, że każdej grupie zawodowej przydałby się taki program. Dziennikarzy, szwaczek, górników... Gdy rolnicy dostawali listy od kobiet, momentalnie wzrastało ich poczucie wartości. To było tak miłe do oglądania... Pomyślałam sobie wtedy, że każdy z nas potrzebuje czegoś podobnego. Co to za obciach? Kiedy zaczynamy rozmawiać o miłości, wszyscy się uśmiechają, to taki wstydliwy temat. A przecież każdy z nas szuka miłości i nie ma się co wstydzić. Oczywiście nie każdy się do tego przyznaje przed kamerami, tym bardziej większy szacunek dla nich, że są tacy odważni.

Może to nie odwaga a desperacja?

- Nie, to raczej chęć odmiany swojego losu i przeżycia przygody. Opowiadali mi, że są zadowoleni, bo poszerza się im spektrum znajomych. Jeździli, zwiedzali, rozszerzyły się ich horyzonty. Stali się bardziej pewni siebie. Tu też nie widzę nic obciachowego.

Rolnik szuka żonyScreen z TVP1

Reality show w TVP nie wydaje się pani obciachem?

- A takich zarzutów to już kompletnie nie rozumiem. Dla mnie to nie reality show, a telenowela dokumentalna. Powiem więcej - bardzo fajnie, że nadaje to Telewizja Polska. Bo nobilituje zawód rolnika i realizuje misję, jaką jest tworzenie więzi rodzinnych. Przecież za każdym z naszych bohaterów stoi murem fantastyczna rodzina. Zresztą, dziesięć lat temu TVP puszczała telenowelę dokumentalną "Złote łany", opowiadającą o codziennym życiu kilku wiejskich rodzin. To był przebój! Widać, że ludzie potrzebują takich klimatów.

Jak się reżyseruje taki program?

- Najpierw musiałam dobrze poznać bohaterów. Chodziło nam o to, żeby przełamać barierę nieufności. Rozmawialiśmy w ich domach, gdzie prawie zawsze serwowano nam obiad. Na wsi nadal gość w dom, to Bóg w dom. Pytałam każdego z bohaterów, jak zaczyna dzień, co dla niego jest ważne. Na podstawie wątków z tych rozmów planowaliśmy sceny. Oni w programie byli sobą, a po jednym dniu zapomnieli o kamerach. Adam mówił nawet, że z ekipą czuje się jak z rodziną. Obserwowaliśmy go na przykład kiedy razem z dziewczynami wykonywał rutynowe zadanie z życia rolnika i obserwowaliśmy jego reakcje. Niby proste, ale proszę mi uwierzyć, trzeba dużego zaangażowania i doświadczenia ze strony ekipy, by całość wyszła naturalnie i bezpretensjonalnie. Nikt przecież nie pisał bohaterom dialogów, ani niczego nie narzucał, bo widzowie natychmiast wyczuliby fałsz.

Niektórzy widzowie zarzucali nam hardcorowe sceny, jak np. skubanie kaczki czy kury. Kto mieszka na wsi, ten wie, że na niedzielny obiad najlepszy jest drób z własnego podwórka. I nikt nie robi afery, że trzeba własnoręcznie kurę złapać i przyrządzić. My w mieście też święci nie jesteśmy. Ile osób woli kupić tzw. ekologiczną kurę prosto z wybiegu, płacąc za nią dużo więcej niż za tę z fermy? Różnica jest taka, że kupujemy towar niemalże gotowy, wystarczy wrzucić go do garnka. To jest dla mnie hipokryzja.

Rolnicy podporządkowywali się pani poleceniom czy grymasili?

- Bywało, że mówiliśmy: mógłbyś to teraz zebrać z pola, a on mówił, że teraz się jeszcze nie zbiera, że trzeba poczekać i że on tego nie zrobi. Szanowaliśmy to. Wiadomo, że program oglądali też rolnicy, więc nie chcieliśmy wpadki. Oni od razu wychwyciliby fałsz.

Czego nie puszczaliście?

- Staraliśmy się unikać pewnych dwuznaczności. Na montażu czasem wycinaliśmy zdania, które wydawały nam się niezręczne, albo mogłyby zostać przez widzów fałszywie zinterpretowanie. Nie było jednak cenzury. Jeżeli był konflikt między dziewczynami, to pokazaliśmy go, ale nie cały, bo przecież nie o tym był program. Ktoś może nam zarzucić, że nie pokazaliśmy wszystkiego, ale takie są prawidła telewizji. Odcinek ma tylko 45 minut, w czasie których trzeba opowiedzieć całą historię. Była też sytuacja, że Adam po tańcu podziękował jednej z dziewczyn. Tak się tym przejęła, że uciekła z planu i nie chciała wrócić. Trzeba było ją uspokoić. Na szczęście pomógł nam psycholog.

Dużo miał u was pracy?

- Niespecjalnie. Najwięcej przez pierwsze dni zdjęciowe. Gdy przyjechał autokar z paniami, trzeba było przewidzieć, co się może wydarzyć i porozmawiać z nimi. Później, już w domach rolników, role psychologów graliśmy my.

Jak sprawialiście, by rolnicy byli szczerzy?

- Okazywaliśmy im szacunek i słuchaliśmy ich. Nie traktowaliśmy ich instrumentalnie. I się otwierali, jak to ludzie.

Trzech rolników zaczęło się nagle rakiem wycofywać z relacji z dziewczynami. Nie oznacza to porażki formatu?


- Wręcz przeciwnie, to właśnie jest jego siła. My po prostu opowiadamy prawdziwe historie. Nasi bohaterowie długo byli sami i chyba nie przypuszczali, że to się tak szybko może zmienić. Że dziewczyny będą oczekiwały, by w parę tygodni podjęli decyzje. Tymczasem w kwestiach uczuć nikomu nie można niczego nakazać. A jak pani postąpiłaby na ich miejscu? Zresztą nie wycofują się "rakiem", tylko mówią szczerze, że potrzebują czasu. A jeden z nich po bliższym poznaniu po prostu podjął decyzję. Tyle że nie taką, jak się wszyscy spodziewali. Mi też było przykro, bo wolałabym, żeby było uczucie. Ale z drugiej strony mam szacunek dla nich, że szczerze to przyznali. Mogliby przecież grać do kamer, a po programie po cichutku się rozstać.

To nie są gracze. Niektórzy z nich nawet całymi latami nie mieli do czynienia z kobietami. Nawet nie wiedzą, jak coś delikatnie dać do zrozumienia. Zresztą, ostatnio chyba tak jest, że mężczyźni są bardziej tą uciekającą stroną. Boją się zaangażować. Zwłaszcza jak ktoś jest starym kawalerem.

W nocy wyłączaliście kamery?


- Oczywiście moglibyśmy zostawić kamery na podczerwień, jak w "Big Brotherze". Tylko po co? Nie chcemy traktować naszych bohaterów jak myszki w laboratorium, obserwując ich życie 24 godziny na dobę, bo nie o taką prawdę nam chodzi. Każdy ma prawo do zachowania jakiejś tajemnicy na swój temat. Nie wszystko jest na sprzedaż. Dla nas ważniejsze było to, jak tworzy się związek między mężczyzna i kobietą, dlaczego jednym wychodzi, a innym nie.

Wzorowała się pani na którejś z zagranicznych edycji?

- Najbardziej podobała nam się czeska, bo jest właśnie najbardziej dokumentalna, filmowa, najbliższa naszej wizji. Z kolei hiszpańska, która przetrwała tylko dwa sezony, była kompletnie inna. Wsadzono dziewczynę do zagrody z bykiem, on ją przewracał, ona wrzeszczała, a rolnik się śmiał. Tego nie chcieliśmy. Z kolei w australijskiej zarówno rolnicy, jak i kandydatki, wyglądali jak z reklam. Nasi są za to z krwi i kości. Wielu wypiękniało w trakcie programu, Zbyszek wymienił sobie zęby, wiele zyskał. Wydaje mi się, że na tym właśnie polega sukces tego programu. Widzowie zobaczyli ludzi takich jak oni. Fajnych, ciepłych mających swoje pasje.

Rolnik szuka żonyNatalia i Paweł z prowadzącą program, Martą Manowską / Screen z TVP1

Natalia wyjdzie za Pawła?

- Są takie plany i na pewno zaproszą nas na ślub, nie chcą jednak działać w pośpiechu. Ta para to dla nas największa niespodzianka pierwszego sezonu. Odbierają na tych samych falach. Tylko dzięki programowi mieli szansę się poznać. U Zbyszka sytuacja też jest rozwojowa. Dla mnie najważniejsze jest to, że nikt nie zrobił nic wbrew swojej woli, a te dziewczyny, które zostały odtrącone, też nie wyjdą na tym źle. Z tego co wiem, mają wielu fanów i dostają zewsząd pozytywne sygnały od wielbicieli. Jedna z odrzuconych kandydatek związała się już z kimś takim ze swojej przeszłości... Zresztą wszyscy rolnicy dostaną po programie listy od odrzuconych we wstępnym etapie kandydatek, dlatego nic nie stoi na przeszkodzie, by teraz, gdy zgasną światła kamer, zweryfikowali swe wybory. Każdy z nich ma też oficjalny profil na Facebooku, więc łatwo się z nimi skontaktować. Również ci rolnicy, którzy pojawili się w pierwszym, przedwakacyjnym odcinku i nie przeszli dalej z powodu małej liczby nadesłanych do nich listów, nie mają powodów do narzekań. Wszystkie listy zostały im przekazane, a więc mogli odezwać się do zainteresowanych pań.


Są już zgłoszenia do drugiej edycji?

- Tak, i to całkiem sporo. Mamy nadzieję, że znajdziemy równie barwnych bohaterów. Najchętniej obojga płci. W końcu samotność jest problemem, który dotyka i kobiety, i mężczyzn. Żeby jednak była jasność - nikt nie daje uczestnikom gwarancji, że znajdą żonę lub męża. Chyba największą wartością, którą wyniosą z programu, jest możliwość przeżycia niezapomnianej przygody, która rozszerzy ich horyzonty i pozwoli spojrzeć z innej perspektywy na własne życie.

 

<< SPRAWDŹ, CO DZIAŁO SIĘ W OSTATNIM PROGRAMIE >>

 

Rozmawiała: Angelika Swoboda