Coke Live Music Festival 2010 - przeczytaj relację!

Jesteś ciekawy, co działo się na tegorocznym Coke Live Music Festival? Zajrzyj tutaj! :)

jane_

 

Na początku chciałam zaznaczyć, że to będzie prawdopodobnie najmniej obiektywna relacja z festiwalu, jaką kiedykolwiek wam zaserwowałam. Te dwa wieczory minęły strasznie szybko, nie wiem kiedy. Mam wrażenie, że w ogóle mnie tam nie było.

 

Ale jednak byłam.

 

Coke Live Music Festival to dość duża impreza, sponsorowana przez Coca Colę, która ma miejsce w Krakowie, na terenie Muzeum Lotnictwa. Mieliśmy - bo wiem, że dużo Kotkowiczów było na tym festiwalu - przyjemność bawić się na jego piątej edycji.

 

Jak dla mnie, był to festiwal zespołów, których piosenki znam, i pamiętam co drugie słowo w refrenie. Dlaczego? Bo większość z nich kiedyś słuchałam, byłam fanką, lubiłam. Potem przeszło. Czyli też miałam taki mały powrót do przedziału wiekowego 11 - 12. Te kilka lat temu dałabym się zabić najbardziej za Panic! at the Disco i 30 Seconds To Mars. Jakże miło było zobaczyć ich na żywo. Lecz zacznijmy od początku.

 

N*E*R*D

 

W gruncie rzeczy, uciekli mi drugi raz. "She Wants To Move" słyszałam pokonując tą zdecydowanie zbyt długą odległość od świateł przy McDonald's do wejścia na teren festiwalu. Trochę się bałam i przez ulicę nie przeszłam, tylko grzecznie zasuwałam na pasy, bo panowie policjanci pilnują. Ale mogliby coś z tym zrobić następnym razem. Zadbać o nasze nogi, które i tak czeka 'wielki' wysiłek. Tak więc tyle z NERD. Wychodząc z założenia, że pojawili się tutaj rok po ich występie na Orange, pojawią się u nas jeszcze nie raz, więc nawet tak strasznie nie żałuję. Choć ponoć fajnie było. Poza tym, poleciałam zapoznawać się z towarzystwem.

 

30 SECONDS TO MARS

 

Byłam świadoma, że do barierek nie mam szans się dostać. Trudno. Na początek rzucała się w oczy postać Jareda - blond fryzura, białe wdzianko. Jego głos jest nieznacznie inny niż na płytach. Nawet ciężko mi określić, gdzie jest ta różnica. Pierwszą część koncertu spędziłam bawiąc się w tłumie, który wyśpiewywał każdą, dosłownie KAŻDĄ linijkę tekstu piosenek. Czasem nawet wokalista nie musiał śpiewać. Pozdrowienia dla pani, która nuciła totalnie nie w rytm usprawiedliwiając się, że 'no co ona ma zrobić, jak nie zna zespołu'. Przynajmniej dobrze się bawiła. Do mnie ostatecznie doszło, że 30 Seconds To Mars w większej ilości mnie nudzą. Sama pośpiewałam wszystkie większe 'hity' z A Beautiful Lie, w tym The Kill, odegrane akustycznie, co mi osobiście niezbyt przypadło do gustu. Jared mówił nam wiele komplementów, wychwalał publikę, cieszył się, uśmiechał, ale, co najważniejsze - zapowiedział, że wrócą do nas w grudniu. Na ten temat nic nie wiadomo, co ciekawe. Ja się zastanawiam, czy to było zaplanowane, czy to taka spontaniczna decyzja. Trzymam ich za słowo, i mam nadzieję, że cuda się zdarzają, i udałoby mi się dotrzeć na ich występ. Było mi za mało, czułam niedosyt, i tak dalej... Może dlatego, że jako ledwo-nastoletnia fanka naczytałam się, co się wyrabia na ich koncertach. Tutaj, moim zdaniem, była tego namiastka. Szczęściary, zaproszone na scenę, jej, wierzcie, zazdroszczę wam strasznie. I przyznaję - z niecierpliwością czekałam na "Closer To The Edge". Wypadło świetnie. Śpiewanie z nimi i krzyczenie 'NO! NO! NO! NO!' było cudowne. O ile się nie mylę, na sam koniec zostawili "Kings & Queens", ile ta muzyka ma w sobie emocji, nie tylko ta piosenka, chodzi o całość. To niesamowite. 30STM pociągają za sobą tłumy, to piękne, i ten koncert był pięknym przeżyciem. Chcemy więcej.

 

A teraz sobie pomarudzę, mam pytanie.

 

Jeżeli nie chce się samemu bawić, dlaczego nie puści się innych do przodu? Ja wiem, czeka się, znajduje się sobie miejsce, okej, tez mogłabym pójść szybciej, ale nie zmienia to tego, że strasznie wkurzało mnie, jak chcę sobie poskakać, a nie mogę się przedostać przez grupy stojących jak słupy ludzi, i nie puszczą do przodu, skądże. Publika w ogóle, była jakaś... niemrawa. Mało spontaniczna. Ale to może jedynie moje wrażenie.

 

 

THE CHEMICAL BROTHERS

 

Muszę się do czegoś przyznać. Zatrzymałam pisanie na Muse, postanawiając dokończyć artykuł później. Dopiero teraz, kolejnego dnia, zauważyłam, że nic na ich temat nie napisałam. Jak mogłam! Leciałam pod scenę przy dźwiękach "Galvanize", przy "Another World" miałam już w-miarę-okej miejsce. Jak bardzo podobał mi się właśnie ten utwór. Jak dla mnie, było idealnie na tą porę wieczoru. Zamknąć oczy, i odpłynąć w rytm elektronicznych dźwięków Chemical Brothers... Bardzo, bardzo mi się podobało. Widziałam ich pierwszy raz, i wiele osób może się ze mną nie zgodzić, co do tego, czy koncert był dobry, czy nie. Czytałam opinię przypadkowych osób - a że brak kontaktu z publiką, i tak dalej. Dla mnie to zbędne. Dźwięki obroniły się same. Bardzo chciałam ich zobaczyć, i mimo, że nie usłyszałam niczego super-znanego z We Are The Night, nie jestem zawiedziona. Mimo to, piętnaście minut po północy wpadłam na głupi pomysł pobiegnięcia na Coke Stage, która była dość daleko od Maina, a wiedziałam, że muszę już zmykać. L.Stadt grali 'Superstar', coś mi ogólnie nie pasowało, więc bez żalu usunęłam się z festiwalowego terenu, przebywając kolejny raz zdecydowanie zbyt długi dystans. Festiwalowe uroki. c;

 

THE BIG PINK

 

Początek dnia drugiego. Byłam w szoku, kiedy okazało się, że grają na Coke. To nie jest dla nich dobre miejsce. Główna scena, gdy świeci jeszcze słońce, to zdecydowanie nie jest dobre miejsce. A Big Pink pokazali nam, jak to jest grać dla publiczności Muse. Na którą byłam strasznie wkurzona, myślałam, że rozniosę. Przyszłam o 18:00, czyli podczas grania Much (nie powalili, nie mam zdania, więc się na nich nie skupiłam, podobała mi się tylko wstawka: 'wszyscy idziemy na Plac Wolności... bronić Krzyża'), czyli godzinę przed The Big Pink, i nie miałam co liczyć na pierwsze rzędy. Pewnie osoby, które przyszły tam specjalnie na nich, albo znały coś oprócz 'Dominos' mogłabym spokojnie policzyć na palcach. Ja się chcę bawić, a ludzie obok prawdopodobnie powstrzymują ziewanie. Do przodu mnie nie puszczą, zawsze można się pchać, ale mogą mi zrobić krzywdę, że sobie przywłaszczam cudzy skrawek przestrzeni. Więc jako jedyna w towarzystwie trochę się pokiwałam, podarłam, pośpiewałam, i tyle mojego. Serdeczne, gorące pozdrowienia dla chłopca, który po koncercie stwierdził, że dobrze, że nie wyszli na bis.

 

Co do samego występu - perfekcyjnie zagrali. Co prawda, były momenty, które mnie osobiście nudziły, ale cały koncert bardzo mi się podobał. Usłyszałam wszystko, co chciałam - Velvet, pełne energii Tonight. The Big Pink skończyli zdecydowanie za szybko. O wiele za szybko. Poleciało Dominos, i wreszcie chociaż usłyszałam jakieś klaskanie w rytm. Mam nadzieję, że wrócą, i zagrają w miejscu, gdzie będą ich chcieli.

 

PANIC! AT THE DISCO

 

Dwie pierwsze piosenki mi uciekły. Ludzie znowu słabo reagowali, a do przodu pójść nie dali, a tam, widziałam, niezła impreza musiała być. Pozdrowienia dla chłopców, którzy doczepili się do nas - dwóch dziewczynek przebijających się w miarę możliwości, pytając, czy my oby na pewno zmierzamy w kierunku sceny, a przed nami iść nie chcieli, rzucając nas na pożarcie. Musicie sobie wyobrazić, czym dla mnie są Panic! At The Disco - to najprawdopodobniej pierwszy zespół, który pokazał mi troszkę inne granie. Kochałam ich bardzo mocno i bardzo długo, także za Pretty. Odd. A potem mi przeszło. A potem się rozeszli. I rozpatruję to jako osobistą tragedię. Trudno, mimo wszystko, Brendon i Spencer stawili się na koncercie, choć ostatnio wręcz nie grają. Nasze szczęście. Dali bardzo dobry występ. Podobał mi się głos wokalisty, i nie wiem, czy tak było, czy to moje urojenie, że kiedyś gdzieś czytałam, że Urie nie potrafi śpiewać na żywo. Potrafi. Albo zdążył się nauczyć. Wychodzi mu to pięknie. Zdecydowanie bardziej ożywiałam się na piosenkach z ich debiutu, Build God, Then We'll Talk, mój faworyt od zawsze i na zawsze, wypadł nieziemsko. But It Better If You Do nie pamiętam, a to dziwne. Za to nigdy nie zapomnę tłumu krzyczącego 'whore' na I Write Sins No Tragedies. Cudowne uczucie, bawić się do tego utworu, słyszeć go na żywo. Jej. Bardzo podobał mi się ten koncert. Podobał mi się zadowolony Brendon. Nie podobało mi się, że skończyli grać, ale muszą, muszą wrócić do nas z nowym materiałem. Koniecznie. I co jeszcze - odświeżyłam sobie po powrocie do domu ich płyty. Wciąż dają radę. No i nie wiedziałam, że mają w Polsce aż tyle fanów.

 

MUSE

 

Określam się już na początku - zdecydowanie nie jestem ich fanką. Jednak należy zobaczyć najlepszy zespół koncertowy świata, jak się ich określa. Zobaczyłam. Na jakieś 20 (15?) minut przed koncertem, przy dźwiękach Time To Pretend jechał sobie pociąg. Dojechaliśmy, a i owszem, było dobrze, ale nie wystarczająco, lepsze to, niż nic. Wychodzi Ziółkowski, czyli główna postać Alter Artu, organizatora, nie widzę go, jaka szkoda. 'Dwa kroki do tyłu', czy tam trzy, ile ich miało być? O losie. W tym momencie dwie dziewczyny rzucają się do przodu, pozdrawiam. Pan Ziółko wypowiada magiczne słowo: MUSE. I słyszymy Holiday Green Day'a. Swoją drogą, całkiem niezła muzyka była odtwarzana z Main'a - La Roux, Justice vs. Simian, milusio. I jeszcze jakaś elektronika, gdzieś właśnie po MGMT przed Muse, ktoś mnie poratuje tytułem? Jeszcze chwila oczekiwania, napięcie w powietrzu, uch, no już, wychodzić, gdzie oni są, spóźniają się. Są. Muse. Największa gwiazda tegorocznej edycji. Nie pomylę się, jeśli napiszę, że większość pojawiła się w Krakowie dla nich. Zaczynają. Grają New Born. I teraz największa niespodzianka tej edycji, jak dla mnie - całą piosenkę spędziłam 'na barana', ponad tłumem, nie wierząc za bardzo w to, co się dzieje. Dziękuję, dziękuję, bardzo dziękuję. To było niesamowite, te lasery, możliwość zobaczenia wszystkiego, całego zespołu na scenie, tłumu. Łał. Dzięki, raz jeszcze. Potem było fajnie: Map of the Problematique, Uprising, Supermassive Black Hole, wszyscy znają, śpiewają, skaczą. Przy Guiding Light zaczęłam się trochę nudzić. Pani obok mnie na Unitet States of Eurasia zaczęła płakać, a ja się nudziłam dalej. Undisclosed Desires, tak na przebudzenie. Co do akcji 'latarka' - ktokolwiek wziął w niej udział? Ja nic nie zaobserwowałam, i ha, ha, ha - może to wina tego, że efekty świetlne jednak pojawiły się w sporej ilości. Bliss, bez szału, jak dla mnie. Resistance, w miarę lubię i fajne do śpiewania. 'It could be wrong, could be wrong'. A potem poszło bardzo szybko. Time Is Running Out (kochany moment jest w tym utworze, gdzie wszyscy sobie nucili), Starlight, którym Muse mi się te kilka lat temu objawili (bodajże w Wigilię, żeby było śmieszniej) i Plug In Baby, którego wykonanie publiczności utwierdziło mnie w przekonaniu, że fani 30STM śpiewają lepiej.

 

Dużo energii, wiadomo. W sumie, bo ja wiem, czy w pewien sposób sztucznej. Trochę tak. Wszystko, każdy dźwięk, był perfekcyjny. Wszystko się zgadzało. Miałam wrażenie, że słucham ich z płyty. Aż dobrzy, czy zbyt dobrzy? Za to nieperfekcyjne były słowa: 'bardzo dziekujemi'. O. I od razu milej. Muse sobie poszli. Krzyczymy 'Mjus, Mjus'. To z kolei pokazało, że mają głupią nazwę. W sensie - nie służy takim sytuacjom. Szczerze, miałam ochotę się zebrać i pójść, ale było wiadomo, że czeka nas bis. Okej. Są. Jest Hysteria. Jakże cudowna piosenka, od koncertu nie mogę się od niej uwolnić, chyba jedyna z repertuaru Muse, której mogę sobie słuchać bez obawy o to, że może mi to zaszkodzić. No, może jeszcze Time Is Running Out. Były baloniki udające wielkie gałki oczne, mnie nie zachwyciły, swoje Flaming Lips już przeżyłam. Kinghts Of Cydonia niezbyt lubię. Ale była Harmonijka, było odśpiewane 'a a a', spoko. Wieeeelkie oklaski, bo to już koniec, już po Muse, większość przeżyła swój koncert życia, Jane sobie myśli 'hm, nie przekonali mnie do siebie, jaka szkoda', a potem były fajerwerki, bardzo dużo, czułam się, jakby Sylwester był w sierpniu. Razem z koleżanką postanowiłyśmy się wydostać już podczas trwania tego pokazu. To był zły pomysł, bo inni też na to wpadli, i zrobił się tam troszkę Tunel Parady Miłości. Ale udało się wyjść cało i zdrowo z tej opresji. Z perspektywy czasu koncert oceniam lepiej, niż chwilę po jego zakończeniu. Było okej.

 

To był Muse. Czego ja się spodziewałam? Był 'najwyższy poziom'? Był. I dobrze. Smutno było myśleć sobie, że to już koniec tej dwudniowej eskapady, i koniec mojego letniego festiwalowania się. Na Orange nie dotrę.

 

 

Chciałam serdecznie podziękować Kasi, za to, że zechciała ze mną spędzić czas na tych kilku koncertach, pozdrawiam również jej brata, i jego znajomych, z którymi spędzałam głównie czas między koncertami, rozmawiając również o tym, że tu piszę. Może ktoś z was to teraz czyta. To takie zabawne. Dziękuję, było mi bardzo miło. c; Swoją drogą, miałam wspomnieć - Heineken niedobry. Osobiście nie sprawdzałam. I, oczywiście, wielkie podziękowania dla Kotka, który dał mi możliwość zabawy w Krakowie.

 

 

I może Coke nie ma atmosfery OFF'a, może nie bawiłam się dokładnie tak, jak chciałam, ale z chęcią spędziłabym taki weekend jeszcze raz. Co do samej Coca Coli - pomysł z rozdawaniem maleńkich puszek na każdym kroku w mieście był cudowny. Faktycznie, za sprawą tego 'uwolniłam radość'. c;

 

 

Choć martwiłam się, że mało wyjdzie tekstu, patrzcie, jaki ogrom. Nie mogę się pozbyć także wrażenia, że zapomniałam napisać Wam o czymś ważnym. A dziś zdjęłam opaskę. I tak jakoś pusto na rączce.

 

Byliście na Coke?

 

jane_

Więcej o: