Redaktor Plotka przez całą jesień oglądał programy rozrywkowe. Potem wziął długi urlop, a kiedy z niego wrócił... napisał recenzję

To było wyzwanie. Spędzić jesienne wieczory na oglądaniu programów typu "talent show". Kiedy dostałem w redakcji takie zadanie pomyślałem, że może to być ciekawy eksperyment, może nawet przyjemny, na pewno jednak ekscentryczny. Któż z nas może bowiem powiedzieć na przykład, że oglądał służbowo "Kto poślubi mojego syna"? Są ludzie, którzy oglądają takie programy z własnej, nieprzymuszonej woli, a mnie za to płacą. "Zgoda" - odpowiedziałem szefowej i usiadłem przed telewizorem.

Oglądanie tych programów nie było u nas w redakcji niczym nowym. Robimy to od dawna, a potem dzielimy się z Wami wrażeniami. Zwykle jednak robiły to różne osoby, a eksperyment polegał na tym, że tym razem zrobi to jedna osoba, która dzięki temu będzie mogła sobie wyrobić całościowy ogląd sytuacji.

Kto poślubi mojego synaTVN/X-News

Największą iluzją takich programów jest przekonanie, że chodzi w nich o coś (w domyśle: o coś ważnego). Być może nawet o misję. Połączyć ze sobą ludzi (niech się kochają), dać im szansę na karierę (niech mają dobrą możliwość startu).

Pod tym względem najuczciwsze wobec widza okazało się show "Kto poślubi mojego syna". Było rzeczywiście tak złe, jak to zapowiadał tytuł. O tym, że nie chodzi tu o żaden ślub, ale o zakamuflowany ubaw (powiedzmy to wprost: hejt) z wypełnionych testosteronem i ponadnormatywnej wielkości ego maminsynków i ich infantylnych rodzicielek, można się było przekonać już od pierwszego odcinka. Bohaterowie show przyjechali limuzynami do pałacyku, gdzie przywitała ich ubrana w absurdalnie uroczystą suknię prowadząca program, Agnieszka Jastrzębska. Potem w wytwornych wnętrzach matki z synami przeprowadzili swoisty casting wśród zgromadzonych kandydatek na żonę. Dostrzegacie teatralność sceny? Wprost trudno uwierzyć, że oglądamy żywych ludzi, a nie postaci z kreskówki, a dekoracje są prawdziwe, a nie wykonane z papier mache. Esencja kiczu. Dająca się oglądać tylko przy brawurowym założeniu, że to wszystko jest monstrualnym żartem. Niestety, to było na poważnie. Takie "Warsaw Shore" w wersji light. Poczucia humoru nie miała Magdalena Środa, która w "Gazecie Wyborczej" określiła program "gównem":

To właściwie siermiężna relacja z prowincjonalnego targu niewolnic. Nabici i wytatuowani młodzieńcy oraz ich prymitywne mamuśki (w realnym świecie nie ma takich kobiet) oceniają zgromadzone w programie kobiety. Jak bydło.

Nie będę równie dosadny, co zasłużona felietonistka "GW", po prostu się z nią zgodzę (recenzja programu tutaj).

Kto poślubi mojego synaTVN/X-News

"Kto poślubi mojego syna" w zupełności wystarczyłby, żeby ostatecznie skompromitować pomysł swatania ludzi na antenie, ale na szczęście był jeszcze "Rolnik szuka żony". Co prawda Magdalena Środa oba programy wrzuciła do jednego worka (szamba?), ale to był jednak zabieg nieco na wyrost. Zgoda, oba programy utrwalają schemat społeczny z dominującą rolą mężczyzny i sprowadzają kobietę do uległego przedmiotu wyboru. Kiedy jednak uznamy je za tak samo seksistowskie, ostrym cięciem pozbędziemy się niuansów rozstrzygających o różnicy w jakości obu produkcji. W "Kto poślubi mojego syna" mamy nachalną promocję zwierzęcej supremacji samców nad potulnymi dziewczynami; nie ma tam bez bodaj jednej postaci, która nie byłaby przerysowana. "Rolnik szuka żony" okazał się ckliwą opowieścią o nieśmiałych rolnikach, którym przyszło wybierać pomiędzy na ogół nieco bardziej od nich odważnymi kandydatkami na żonę. Ich nieporadność nie była nawet zabawna i bardzo dobrze, bo nie ma niczego śmiesznego w sytuacji, w której dwie osoby nie potrafią sobie poradzić z własnymi uczuciami, względnie z ich brakiem (recenzja programu tutaj).

Oba programy sprowokowały dwa pytania, na które do dzisiaj nie potrafię sobie odpowiedzieć. Jakim trzeba być mężczyzną, żeby zaprosić pod swój dach kilka kobiet i przez jakiś czas testować ich przydatność na ewentualną żonę tak, jak nie przymierzając, testuje się różne modele odkurzacza? I drugie: jaką trzeba być kobietą, żeby wraz z innymi kobietami wprowadzić się do domu mężczyzny i potulnie wypełniać jego polecenia w nadziei, że da to jakąś przewagę nad rywalkami? I to wszystko pod okiem kamer! Nie dostrzegacie w tym czegoś nienormalnego, patologicznego wręcz? Ja dostrzegam. Nie ma niczego normalnego w tym, że dwoje ludzi poznaje się, odkrywa swoją bliskość i zakochuje w obecności sztabu techników z włączonymi kamerami.

Rolnik szuka żonyScreen z TVP1

Swatanie na ekranie to najnowszy pomysł polskiej telewizji na zagospodarowanie emocji u widzów. Od kilku lat to samo robią z powodzeniem programy kulinarne. Nie, nie chodzi o Makłowicza, który na przykład na szczycie wysokiej góry gotuje obiad. Nuda. Żeby zdynamizować akcję, wprowadzono wielu kucharzy i postawiono nad nimi krewkiego lidera. Kazano im ze sobą konkurować w wykonywaniu najdziwaczniejszych zadań. Tak powstały "Hell's Kitchen", "MasterChef" i "Top Chef". Można się było w tym pogubić, bo w dwóch pierwszych programach występuje Wojciech Modest Amaro, a dwa ostatnie mają podobną nazwę. Przyznaję, że przez kilka pierwszych tygodni i ja nie odróżniałem tych programów.

Powiedzmy to wprost: gdyby chodziło o gotowanie, Polsat i TVN przygotowałyby dla nas programy z przepisami kulinarnymi i nie komplikowały przyjemności generowaniem konfliktów między kucharzami, kompromitowaniem ich w sytuacjach stresowych i zmuszaniem do gotowania w niedorzecznie krótkim czasie. Rzecz w tym, że te trzeciorzędne sprawy, nie mające nic wspólnego z profesjonalnym gotowaniem, szybko i w sposób zamierzony wybiły się na pierwszy plan i to one rozstrzygały o sukcesie programów. Chwilami można było zapomnieć, że na ekranie widać zmagania kucharzy, bo równie wydumane zadania mogliby wykonywać przed kamerami hydraulicy, szwaczki czy nawet dentyści.

Najbardziej niezrozumiały jako program kulinarny był dla mnie "Hell's Kitchen" (recenzja tutaj). Dwie drużyny, w których co chwila wybuchały awantury. Nieustannie krzyczący na uczestników Amaro i uczestnicy krzyczący na siebie nawzajem. Do tego strach, nerwy i łzy, które wmontowano w program z powodów najzupełniej pozakulinarnych. Uczestnicy mieli wydawać dania zaproszonym do restauracji gościom, ale w takich warunkach nie da się przecież normalnie ugotować obiadu. W pierwszych odcinkach zmaltretowani kucharze nie byli w stanie uporać się z napięciem i na czas przygotować dań, więc spora część gości regularnie odchodziła od głodna od wykwintnie zastawionych pustą zastawą stołów.

Hell's KitchenScreen z Polsat

Bodaj jedynym programem, który usypiał mój krytycyzm, był "MasterChef" (recenzja tutaj). Statyczny, bezpretensjonalny program kulinarny pokazujący, że nawet zawody w kuchni mogą przebiegać w przyjaznej atmosferze. Kucharze niekiedy zachowywali się, jakby woleli ze sobą współpracować, zamiast rywalizować i to się oglądało z przyjemnością. Jurorzy nie terroryzowali kucharzy i nie eksponowali ich kosztem własnego wizerunku. To był najbardziej kulturalny program typu "talent show", jaki obejrzałem tej jesieni. Mojego przekonania nie zmieniła nawet wizyta Gordona Ramsaya w jednym z odcinków, a on, jak wiemy, salonowego języka używa tylko w ostateczności.

Wiesz, uważam, że bardzo pozytywny był moment mojego odejścia. Nigdy nie zapomnę płaczu Kariny czy złości Piotrka i Mariusza, którzy stali wtedy na balkonie. To było naprawdę zabawne, że oni płakali pomimo tego, że to ja odpadłam. Obstawiali, że będę w pierwszej trójce (...). I to chyba najlepiej podsumowuje mój udział w programie  mówiła w rozmowie ze mną Samar Khanafer, uczestniczka programu.

To chyba też najlepiej podsumowuje sam program. Rywalizacja, z definicji nastawiająca uczestników przeciwko sobie, okazała się wtórna wobec więzi, jakie się między tymi uczestnikami wytworzyły.

MasterChefTVN/X-News

Można tylko zapytać, ile naprawdę znaczy tytuł "Top Chefa" (recenzja tutaj) czy "MasterChefa", skoro oba zostały sztucznie wykreowane na potrzeby programu i których wartość wyczerpuje się wyłącznie w obrębie horyzontu nakreślonego przez telewizję, która go przyznała? Albo inaczej: ile może być wart na przykład polsatowski tytuł "Top Chefa" dla stacji TVN? Zgoda, każdy tytuł jest umowny, ale bicie się o coś o tak wąskim zasięgu jest nieco kuriozalne i kiedy słyszałem, gdy któryś z jurorów z pełną powagą mówił coś w rodzaju: Na poziomie "MasterChefa" ("Top Chefa", niepotrzebne skreślić) jako kucharze nie powinniście popełniać takich błędów - to przez skórę czułem, że ktoś chce mi sprzedać sztuczną wartość. Mogę tylko przypuszczać, ale z dużym prawdopodobieństwem trafności, że dla kucharzy większą wartość od zdobytych tytułów i niemałych przecież nagród pieniężnych było otrzymanie staży u najlepszych kucharzy świata.

Poza wymienionymi programami oglądałem jeszcze showy Kuby Wojewódzkiego, "Taniec z Gwiazdami" (recenzja tutaj) i "The Voice Of Poland" (recenzja tutaj) i Top Model. Większość z nich to programy celebryckie, w którym treść i goście są jedynie dekoracją służącą wyeksponowaniu gospodarzy. Kuba Wojewódzki z jednej strony często deklaruje duży szacunek do gości, ale z drugiej lubi podkreślać, że największą gwiazdą show jest on sam. "Taniec z Gwiazdami" (patrząc z perspektywy dwóch ostatnich edycji, chyba najlepszy strzał Polsatu) jest programem celebryckim w sposób skończony i domknięty, a z "The Voice of Poland" pamiętamy głównie jurorów. A raczej jurorki. Jeszcze przed początkiem edycji sporo zamieszania zrobił zasugerowany konflikt między sędziującymi w programie Edytą Górniak i Justyną Steczkowską. Zresztą, obie przez jakiś czas w żartobliwej konwencji umiejętnie rozgrywały temat, ale chyba raczej nikogo nie przekonały, że jest coś na rzeczy. Zresztą, programy muzyczno-taneczne są na tyle nieskomplikowane w odbiorze i wizualnie atrakcyjne, że zapewne nigdy nie stracą świeżości.

Edyta Górniak i Justyna SteczkowskaScreen z TVP2

W kontekście "The Voice of Poland" warto też wspomnieć o innym muzycznym programie telewizyjnej Dwójki: "Superstarciu". Program, w którym gwiazdy wykonywały utwory z obcych sobie gatunków muzycznych zapowiadał się na samograj, a zaliczył frekwencyjną wpadkę. Widzowie nie pokochali "Superstarcia", a do szerszej świadomości przebił się bodaj jedynie wzruszający występ Mieczysława Szcześniaka, który śpiewaną przez siebie piosenkę zadedykował osobom uzależnionym od dopalaczy.

"Top Model", może nawet bardziej, niż programy kulinarne, zmuszał uczestników do perfekcji w działaniu i właśnie to, że pomimo zabawowej konwencji nie stosował taryfy ulgowej, czyniło go interesującym. Kandydaci na modelki i modeli (w tej edycji po raz pierwszy brali udział mężczyźni) musieli na przykład zmierzyć się z nagą sesją i nie było zmiłuj. Dostali solidny przedsmak tego, co ich czeka w razie ewentualnej kariery na wybiegu. Zwłaszcza Maga, zmuszony podołać brutalnej nienawiści widzów, nie akceptujących jego androgynicznej urody. Z drugiej strony widzowie wybrali na zwyciężczynię Osi - i bardzo dobrze, bo to była uczestniczka, która nie musiała kupować publiczności żadną łzawą historią ani płaskim infantylizmem, a do zwycięstwa w zupełności wystarczyły jej "tylko" ciężka praca, intelekt i warunki fizyczne.

Nie oglądałem za to czwartkowych "Kuchennych rewolucji" - co bardzo sobie chwalę i cenię, ponieważ dzięki temu nie musiałem zupełnie rujnować swojego życia towarzyskiego.

Nie ma niczego odkrywczego w twierdzeniu, że telewizja sprzedaje nam emocje, a jak to robi, jest sprawą drugorzędną. A przecież nie powinno nam być wszystko jedno. Większość z programów, które oglądałem, wzięte oddzielnie, trzyma poziom. Uczestnicy kulinarnych czy muzycznych zmagań muszą wykazać się autentycznym talentem i umiejętnościami, więc dosłowne potraktowanie tych programów może przynieść sporą dawkę mocnych wrażeń. Iluzja pęka po wejściu na meta-poziom refleksji. Tam okazuje się, że ci utalentowani i na swój sposób wyjątkowi ludzie okazują się być jedynie paliwem napędzającym medialną maszynę tak sformatowaną, żeby wyprodukować maksymalną ilość wrażeń zdolnych przykuć mnie do telewizora. "Prawdziwe życie" jest w telewizji? Tak, pod warunkiem, że transmitowany tam przekaz weźmie się bezrefleksyjnie i dosłownie.

Rolnik szuka żonyScreen z TVP1

Jacek Zalewski

Więcej o: